...po powrocie do 12 Dystryktu... Jak poskładać życie z niewielkich kawałków?
Dodatki na bloga
RSS
piątek, 31 stycznia 2014

Nazywam się Katniss Mellark i jestem matką, żoną... przyjaciółką.

Trzy razy brałam udział w Igrzyskach Głodowych. Straciłam ojca, straciłam siostrę. A wszystko przez niesprawiedliwość świata. Przez kolejne lata po śmierci ojca - głowy rodziny - byłam zmuszona sama się nią opiekować. Moja o cztery lata młodsza siostra była głównym powodem, dla którego po śmierci ojca nie załamałam się tak jak matka. Była powodem, dla którego zgłosiłam się do pierwszych Igrzysk i powodem, dla którego zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, aby je wygrać.

Zrobiłam absolutnie wszystko! Włącznie z tym, że wykorzystałam do tego celu miłość chłopca, który kiedyś podarował mi maleńkie życie w postaci dwuch spalonych bochenków chleba. Byłam najgorszą osobą, jaką mogłam być i jednocześnie starałam się najbradziej, jak mogłam zwalczyć to w sobie. To, co czuję zrozumiałam dopiero, gdy na wszelkie możliwe sposoby zaczęłam unikać Peety. Wtedy zobaczyłam, jak oddala się po raz pierwszy. Nie dosłownie... chociaż może i tak.

Swój błąd zrozumiałam dopiero, gdy dotarło do mnie jak bardzo go potrzebuję do przetrwania, do tego, aby normalnie funkcjonować. Po drodze mijałam wiele przeszkód, na które z całą pewnością zasługiwałam, ale nie przyszło mi do głowy, że kolejną przeszkodą na mojej drodze okaże się mój przyjaciel.

On zabił moją siostrę. Był odpowiedzialny za to, że Prim spłonęła, umarła przez bombę. Jego bombę! A ja zabiłam go. Bo zasługiwal na to o wiele bardziej niż na życie. Zabiłam go, ponieważ nikt mi nie wmówi, że w Gale'u pozostało cokolwiek z człowieka, który był moją rodziną. I w końcu zabiłam go... bo wiem, że gdybym to ja skrzywdziła któreś z jego rodzeństwa i on by mnie zabił. Mimo miłości, jaką podobno do mnie czuł i okazał mi ją wspaniałomyślnie pozwlając mojej siostrze wylecieć w powietrze.

Długo musiałam to trawić. Tak samo jak długo musiałam doszukiwać się sensu w tym... wszystkim. Dlaczego ktoś kto cię kocha niszczy twoje życie? Dlaczego ktoś, kto tak długo dbał o ludzi, których kochasz nagle zmienia się nie do poznania i podczas, gdy ty sam wszystkich traktujesz indywidualnie, do każdego podchodzisz inaczej i dbasz przede wszystkim o swoich najbliższych, on obiera całkiem inny sposób myślenia wszystkich biorąc za ogół i uznając, że ofiary są konieczne, aby zakończyć tą trwającą od dawna niedolę?

Kochałam go i nienawidziłam za razem. Szybko nauczyłam się tylko go nienawidzić, a gdy w końcu pojęłam, że nie zaznam spokoju wbiłam mu nóż w serce, tak jak on zrobił to mi zabijąjąc osobę dla której zaczęłam to wszystko, chociaż z poczatku zupełnie nieświadomie. Prim była powodem i symbolem rewolucji. Teraz to rozumiem, nie ja, lecz ona. Prim była tym, co to wszystko zapoczątkowało. Jej imię na tamtej kartce, moja miłość do niej i chęć ochronienia jej. Ludzie uwierzyli we mnie, bo pokazałam im niesprawiedliwość tego wszystkiego, pokładali we mnie nadzieje, bo chcieli, żebym tak jak uratowałam Prim, uratował ich. Ale moja siostra nie żyje, a oni dalej zdają się na mnie patrzeć.

Nie mam im jednak o dziwo tego za złe. Czasem tylko... na chwilę się zawieszam. Ale teraz to nie ważne. Nie ważni są ci ludzie, tylko to, co sprawia, że jestem sobą i nikim więcej.

Czy jesteście gotowi na dalszą część mojej historii? Na część historii o Katniss Mellark, a nie Katniss Everdeen, chociaż tamta zawsze pozostanie częścią mnie? Chciałabym wam pokazać, jak przeszłość ma wpływ na teraźniejszość i przyszłość oraz jak ważne jest by nigdy się nie poddawać. Teraz znowu mam o co walczyć i wierzę, że jeśli będę musiała poświęcę wszystko by ocalić dwie ukochane osoby w moim życiu.

 

***

Budzę się spokojna i wyspana bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Dziwne, ale spodziewałam się koszmarów. Spodziewałam się twarzy Gale'a wyrażającej złość, zawód i obrzydzenie, tymczasem widziałam Prim. Siedziała na łące razem z Rue i plotły wianki z drobnych białych i żółtych kwiatów. Finnick był tam leżąc na plecach z zamkniętymi oczami wygrzewując twarz w promieniach słońca. Mags obserwowała dziewczynki razem z moim ojcem, który od czasu do czasu podśpiewywał jakąś melodię. Wszystko wydawało się takie piękne. I było. Więc kiedy otwieram oczy spodziewam się jakiegoś bólu, czegoś realnego, co od dawna mi towarzyszyło i było częścią mnie. Tak się nie dzieje. Nie ma bólu, ani psychicznego, ani fizycznego.

Jestem wolna.

Podnoszę się na łokciach i rozpoznaję pokój w jakim się znajduję. Jestem w Dystrykcie 14, a to miejsce to szpital. Szybko rozpoznaję szpitalną koszulę, która zastąpiła moje brudne i podarte ubranie. Ból, który wcześniej czułam aż w paznokciach zniknął i mogę poruszać palcami. I tyle wystarcza bym o wszystkim sobie przypomniała. Peeta leży na łóżku dla drugiego pacjenta. Jest całkowicie ubrany. Jedną dłoń ma niedbale zarzuconą na oczy, jakby w ten sposób chronił się przed słońcem mogącym go obudzić.

Swoje spojrzenie kieruję w stronę niewielkiego zawiniątka spokojnie śpiącego obok Peety, który przytrzymuje je jedną ręką chroniąc od chłodu ściany i jednocześnie dając sobie całkowitą kontrolę nad swoim snem. Wiem, że jeśli tylko zapłacze, albo się poruszy on zbudzi się momentalnie, tak jak robił to tysiąc razy, gdy chodziło o mnie. Ta wiedza napawa mnie jeszcze większym spokojem, czuję coś takiego... radość?

Lizzie jest taka maleńka. Pamiętam, że doktor mówił, że jest wcześniakiem. O całe dwadzieścia dni. Prawie dwa tygodnie spędziłam z Peetą w podziemiach więzienia 8 Dystryktu. Oddalam jednak od seibei te myśli. Lizzie waży 3 kg i mierzy pięćdziesiąt centymetrów. Jest drobniutka i maleńka.

Gdy biorę ją na ręce ostrożnie klucząc, aby nie obudzić Peety nie umiem z początku odnaleźć jej miejsca w swoich ramionach. Dziwnie się czuję, ale jednocześnie jest to najcudowniejsza rzecz, jaka przytafiła mi się w życiu. Nigdy, nigdy, nie sądziłabym, że naprawdę mogłabym trzymać w ramionach własne dziecko. Ktoś mógłby powiedzieć, że się nie nadaję, ktoś inny powiedziałby, że jestem mordercą i nie powinnam doświadczać takich rzeczy. Jeszcze ktoś... powiedziałby, że to nie jestem ja. Katniss nie chciała mieć dzieci. Katniss nie chciała mieć męża. Katniss... nie chciała tego, bo nie doświadczyła prawdziwej samotności. Katniss nie chciała tego, bo nie miała pojęcia, jaką potworną moc ma czas, jak niszczy, jak rani i szybko sprawia, że tracimy kontrolę nad swoim losem. To wszystko były pragnienia Katniss Everdeen, tej, która nie miała moich wspomnień i nie znała moich lęków. Tej, która jest przeszłością.

A ja... Ja dostrzegam w Lizzie coś takiego... jest wspaniała. Ma te rysy, takie zwyczajne, proste, i tą kępkę włosów, które zdają się do niej nie pasować. Jest piękna i jest moja. Jest moją szansą i nadzieją.

Porusza się cicho przez sen, a ja z wrażenia aż szerzej otwieram usta. Chcę coś zrobić. Coś powiedzieć, ale nie potrafię. Kciukiem głaszczę jej drobną różową rączkę. A ona kieruje twarz w moją stronę, szukając większej ilości mojej obceności. Jakby nie była do końca pewna do kogo należy ten dotyk, chociaż go zna i jakby chciała dostać go nieco więcej. Kiedy cicho płacze tulę ją do siebie, a kiedy siadam na łóżku dostrzegam Peetę przeczesującego ręką włosy i zaspaną twarz.

Patrzę na niego, a on przez chwilę patrzy na Lizzie wreszcie na mnie.

- Nie chciałem cię budzić - mówi cicho, niemal szeptem do mnie.

- Nie szkodzi - odpowiadam przyciskając ją do siebie. - Nic nie szkodzi.

Kiedyś wydawało mi się, że tego nie chcę. Wydawało mi się, że tego nie potrzebuję. Ale każdy tak mówi będąc nieświadomym jakie okropności dzieją się na świecie. A jeśli, ja mam na nim być to przynajmniej chcę mieć kogoś za kogo warto zginąć w wybuchu bomby.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------

Następny rozdział w niedzielę o 14.00. :)

 

 

16:43, moda_pisarka
Link Komentarze (11) »

Słyszę strzelaninę za swoimi plecami i staram się biec najszybciej jak potrafię. Słyszę krzyki, ale nie rozumiem poszczególnych słów. Jeden tylko głos przebija się ponad wszystkie inne: "Katniss, biegniej! Musisz się stąd wydostać! Biegnij i nie patrz za siebie!". Nadgarstki bolą mnie od niedawno krępujących je sznurów. Obraz przed oczami lekko się rozmazuje, ale nie jestem pewna dlaczego. Pewnie byłabym szybsza, kiedyś o tak, na pewno. Ale nie teraz, gdy nogi niemal odmawiają mi posłuszeństwa, a Lizzie zdaje się mi tego wszystkiego nie ułatwiać, jak gdyby równie mocno, co ja chciała się odwrócić i wrócić do Peety.

Jeden korytarz pokonuję za drugim. Pada pierwszy strzał wzdrygam się i przywieram do sciany. Po chwili jednak już biegnę dalej. Pada drugi strzał, ale tym razem się nie zatrzymuję. Wkładam w swój bieg całą siłę, bo wiem, że od tego zależy życie nas obu. Każdy kolejny korytarz jest coraz ciemniejszy, a każdemu mojemu skrętowi towarzyszy kolejny strzał. Muszę zwolnić, gdy wpadam w całkowitą ciemność. Słyszę swój szybki i urywany oddech, którego nie potrafię opanować, słyszę krzyki mężczyzn i Gale i wiem, że mnie szukają. Boję się, bo nie mogę już za to dosłyszeć głosu Peety. Zupełnie, jakby w tych ciemnościach zgasło moje ostatnie światełko nadziei. Chcę się podnieść, ale znów czuję rwanie. Lizzie nie daje mi spokoju, a ja zamiast ją uspokoić jestem zmuszona z nią walczyć.

- Nie teraz - proszę cicho, chociaż ona nie może zrozumieć moich słów. Wierzga jakby opędzała się od goniących nas mężczyzn. - Lizzie, litości!

Kroki. Nagle słyszę kroki. Zrywam się z ziemi, ale mój bieg zastępuje powolny chód. Muszę jedną ręką osłaniać Lizzie, a drugą wodzić po ścianie, aby nie stracić oparcia i nie zbłądzić. Wydaje mi się, że kroki pochodzą zza mnie, ale to nie prawda.

Nagle ktoś łapie mnie za nadgarstek i ciągnie za rękę w jeszcze gorzą ciemność. Cichy jęk wydobywa się przez moje zaciśnięte usta, gdy dostrzegam Haymitcha. Mam ochotę zarzucić mu ramiona na szyję, ale w obecnej sytuacji wydaje mi się to absurdalne. Łapię głębszy oddech i spoglądam prosto w jego lśniące oczy.

- Peeta, został tam... Kazał mi uciekać! Proszę znajdź go, przy...

- Katniss? - Haymitch przytrzymuje mnie za ramię, gdy zataczam się z bólu i zmęczenia. Na ułamek sekundy odzyskuje ostrość widzenia. Ponad jego ramieniem dostrzegam z tuzin osób, nie wiem jednak kim oni są, chociaż... tego już widziałam, i tego, i tego też... - To Strażnicy Pokoju, Johanna poprowadziła pozostałych drugim wejściem - mówi wodząc dłońmi po moich policzkach, jakby mógł mnie uspokoić.

- Johanna? - Dyszę czując jakby brakowało mi powietrza. - Ona... Ona tu jest?

- Te strzały, które słyszałaś to pewnie jej sprawka. Znajdzie Peetę.

- Nie. Haymitch idź do niego. Proszę, przyprowadź go, proszę, jesteś mi to winien, jesteś mi to winien... - chcę dodać, że jest mi to winien przez to, że nie pomógł Peecie na arenie Ćiwerczwiecza, że przez niego trafił wtedy do Kapitolu, chcę mu to powiedzieć, ale coraz łapczywiej łapię powietrze. Serce kołacze mi w piersi i czuję się, jakbym tonęła we własnym lęku.

Gdy opuszczam głowę przegryzając dolną wargę Haymitch zaczyna spoglądać na mnie ze współczuciem i niepokojem, nienawidzę go za ten wzrok.

- Lizzie - mówię słabym głosem. - Lizzie nie chce dać mi spokoju.

- Zaraz cię stąd wyciągniemy...

- Nie! Musisz wyciągnąć Peetę! Nigdzie nie pójdę bez niego. Idź po niego. Teraz!

Haymitch otwiera już usta, żeby zaoponować, ale widocznie wreszcie pojmuje, jakie to bezcelowe. Zostaję z czteroma mężczyznami w nowych ciemnych mundurach. Jeden z nich pomaga mi się oprzeć o ścianę, a sam przykłada mi do czoła skrawek jakiegoś materiału. Szybko wsiąka w niego pot lejący się ze mnie strumieniami.

Ogarnia mnie błoga cisza, która jednocześnie niepokoi i uspokaja. I wtedy go widzę. Wspomnienie jego posiniaczonej twarzy i błękit oczu. Słyszę szept jego słów:

- Tak musi być, wiesz? Czasami wybór nie należy do nas.

- Peeta, nie waż się mnie zostawić - odpowiedziałam mu, ale już wtedy wiedziałam, że to jedyny sposób w jaki mógł dać mi szansę ucieczki, jedyny sposób w jaki mógł mnie ratować. - Nie poświęcej się dla mnie!

Nie pocałował mnie, nie mieliśmy na to czasu. Peeta ściska moją dłoń w swojej i każe mi biec.

Wspomnienie znika tak szybko i nagle, jak się pojawia. Do rzeczywistości przywraca mnie ktoś szarpiący mnie za ramię. To jeden ze Strażników.

- Musimy stąd wyjść - mówi do mnie.

- Nie. Nigdzie się nie wybieram - odpowiadam słabo, ale kategorycznie.

- Będzie tylko gorzej - ciągnie dalej, jakby był za głupi by zrozumieć, że nigdzie z nim nie pójdę.

- Zostaję tutaj! - Krzyczę, czy też jęczę, w tej chwili oba określenia są odpowiednie.

- Za chwilę kanałami wentylacyjnymi zacznie tu wlatywać gaz trujący!

Za chwilę? Ile trwa chwila? To chyba pojęcie względne. Próbuję się szarpać i wyrywać, gdy Strażnik bierze mnie na ręce. Chcę mu powiedzieć, żeby mnie postawił albo go zabiję, ale nie potrafię wydobyć już słów ze swoich ust. W głowie mam tylko dwie myśli, dwa życzenia, które chciałabym, aby się spełniły: żeby Peecie nic się nie stało i niech wreszcie Lizzie przestanie mnie za to wszystko karać, tak bym mogła racjonalnie i czysto myśleć. Ale Peety nie widać, a Lizzie jest uparta i niemożliwa do uspokojenia.

Pada strzał, gdzieś blisko. I nim zdążę zrozumieć co się dzieje, pada kolejny i jeszcze kolejny, towarzyszą mu wystrzały z broni maszynowych Strażników stojących obok mnie. Teraz już leżących na ziemi. W kałuży krwi. Spoglądam w twarz mężczyźnie, który mnie trzyma i gdy dostrzegam ból w jego oczach czuję go sama padając na ziemię, wyślizgnąwszy się z jego ramion.

On krztusi się własną krwią. Widzę krew lejącą się z jego płuc. Podpełzam do niego, ale nie potrafię drżącymi palcami sięgnąć po jego pistolet. Jak mam go odczepić?

Jest! W końcu łapię go i... ktoś łapie mnie za kark, pistolet wypada mi z dłoni, a ja czuję jego oddech przy swoim uchu. Odwraca mnie przodem do siebie, tak, że widzę jego białe zęby.

- Kotna - mówi cicho, a ja mogę tylko dyszeć mu w twarz z przynajmniej stu różnych powodów - móżemy to zakończyć. Wystarczy, że pójdziesz ze mną. Wrócisz do mnie.

- Zabiłeś Prim. Zabiłeś tych ludzi mieszkających w moim domu i te wszystkie dzieci kapitoliańskie! Jeśli po tym wszystkim myślisz, że gdzieś z tobą...

- Kotna, proszę. Mogę się zmienić, znów być Gale'em, którego znasz...

- To jest Gale, którego znam, a ten którego znałam od dawna jak dla mnie gryzie trawę i wącha kwiatki od spodu. Nie istniejesz. Dla mnie już nie istniejesz - ostatnie zdanie wypowiadam ze złością nie tylko do niego, ale i do samej siebie, bo dociera do mnie, że to prawda. Pogrzebałam Gale'a już dawno.

Mocniej zaciska dłonie na moich ramionach.

- Należysz do mnie! Jesteś mi winna siebie po tym, jak robiłem wszystko by pomóc twojej rodzinie!

- Zniszczyłeś ją! Zniszczyłeś mnie! I masz żal o to, że ktoś mnie naprawił!

Pada strzał, Gale przyciska mnie do ściany. Pada kolejny i zaciska dłonie na mojej szyi.

- Jeśli nie ja... To na pewno nie on... - mówi ściskając coraz mocniej i mocniej.

Widzę błękit oczu Peety i jego dłoń wciśniętą w moją. Błysk metalu i słowa: "Kocham cię".

Błysk metalu i krzyk. Gale pada na ziemię, a ja jestem wolna. Mam rękę we krwi i osuwam się na ziemię. Mój oddech rzęsi, powieki nie chcą opaść, a ja nie mogę zasnąć.

Gdyby tylko Lizzie wreszcie przestała...

- Katniss!

Haymitch. To Haymitch! Haymitch, tu jestem! Ale żaden dźwięk nie wydobywa się z moich ust. Gdy ktoś łapie mnie za dłoń głowę wspieram na ramieniu Haymitcha prosząc w myślach, by to wszystko się skończyło. Ale ani ból, ani krzyki nie ustępują. Ja sama krzyczę jego imię chcąc, żeby teraz trzymał mnie za rękę.

Czuję jego dłoń na moich palcach, a później widzę jego twarz. Posiniaczoną, we krwi i brudzie, ale oczy są wciąż te same, lśniące i żywe. On jest żywy.

- Peeta?

- Jestem z tobą. Tak, jak zawsze obiecywałem.

Uśmiecham się do niego opierając się o niego i wtulając w jego ciało. Bezpieczna, wreszcie bezpieczna.

- Lizzie jest okropna. Zaczynam sądzić, że ciebie kocha bardziej.

- Chyba na mnie czekała.

Wtulam twarz w jego ramię hamując krzyk, a on zabiera mnie stamtąd. Przez zaciśnięte mocno powieki niczego nie widzę. Błysk metalu i scyzoryk wbity w pierś Gale'a to wspomnienie ma mnie od teraz prześladować.

 

***

Lekarze są dobrej myśli. Mi nic poważnego się nie stało. Peecie też nie. Kilka siniaków i dwa mało poważne złamania. Jestem zmęczona, ale oczywiście to nei może być koniec. Lizzie jest tak niecierpliwa, że pcha się na świat rękami i nogami, cała aż wierzga, niczym źrebak, żeby tylko już zobaczyć twarz mężczyzny, który był w stanie zaryzykować dla niej wszystkim. Mężczyzny, który po dwunastu godzinach mojego wysiłku (dwunastu wspólnych godzin) wreszcie bierze ją na ręce i przynosi do mnie. Jest maleńka. A przynajmniej bardzo mała. To najmniejszy człowiek, jakiego widziałam w życiu. Tak jak sądziłam, to Lizzie Nancy Mellark. Ma moje włosy, które pewnie jeszcze zdążą jej wypaść, albo się wytrzeć, niezłomne oczy Peety, moje rysy i nos. Ale wszystko w niej, aż krzyczy, że to jego córka.

Z radością jednak przyjmuję możliwość zaśnięcia. Bo teraz wiem, że Lizzie nic już nie będzie i zostawiam ją pod możliwie najlepszą opieką.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------

Następny rozdział dzisiaj wieczorem, ale narazie nie jestem pewna o której dokładnie :)    

13:19, moda_pisarka
Link Komentarze (8) »
czwartek, 30 stycznia 2014

Witajcie! Nowy rozdział już jutro o 14.00! A tym czasem zapraszam do czytania :)

 

Nie pamiętam, jak to się dzieje, że tracę przytomność. Gale musiał znów złapać mnie za tchwicę, aby ograniczyć mi przez chwilę przepływ powietrza. Pamiętam, jak kiedyś powiedział mi, że to szybki i prosty sposób na pozbycie się problemu na jakiś czas, ale nie owlno włożyć w to za dużo siły. Jakiś młodszy dzieciak zdenerwował go wtedy, a ja jedynie patrzyłam, jak powala go tym sposobem na ziemię. Już wtedy powinnam była połapać się, jaki Gale naprawdę jest.

Chcę się podnieść, spodziewam się, że poczuję pod sobą miękkość starego materaca, ale szybko orientuję się, że ten zniknął. A właściwie rzecz biorąc siędzę na krześle, przywiązana i niemogąca się poruszyć. Próbuję poruszyć palcami u dłoni i natrafiam na ludzką skórę. Przytomnieję momentalnie czując, jak ktośprzywiązany do krzesła za moimi plecami porusza się, nasze palce się splatają.

- Wszystko... w porządku, Katniss? - Pyta. Głos Peety jest słaby, a przynajmniej zmęczony. Zastanawiam się, czy jedmu, tak jak i mi nie dali nic do jedzenia, czy picia. Opieram swoją głowę o tył jego i próbuję nie myśleć o krwi, jaka skleja ze sobą nasze włosy.

- Przepraszam - mówię tylko. - Nie chciałam, żeby coś takiego się stało. Nie myślałam, że i po ciebie przyjdzie.

- To nie twoja wina, a poza tym - mocno ściska moją dłoń - nie pozwolę ci nigdzie samej odejść.

Mimo tego wszystkiego czuję jak uśmiech wypełza mi na usta. Oddaję mu uścisk marząc o tym, żeby teraz znaleźć się w jego silnych ramionach. Bezpieczna. Przez krótką chwilę po prostu milczymy napawając się swoją bliskością i nie potrzebując niczego więcej. W końcu słyszę, jak Peeta bierze głębszy oddech i mówi:

- Mam plan - oznajmia. - Ale nie ważne, co będzie się dziać musisz mi obiecać, że zrobisz, co ci każę. Jeśli powiem uciekaj, uciekniesz, jeśli powiem, że masz mnie zostawić...

- Nie zostawię cię - przerywam mu kategorycznie. - Nie masz na co liczyć.

Potrafię sobie niemal wyobrazić, jak Peeta przewraca oczami, a jego twarz przybiera ten pełen miłości zbolały wyraz.

- Ty byś mnie nie zostawił - ciągnę dalej.

- Ja każę ci zostawić mnie, nie jestem na twoim miejscu.

Długo odtwarzam słowa Peety w pamięci. Próbuję doszukać się w nich jakiejś podpowiedzi, może wcale nie oznaczają tego co usłyszałam? Ale to tylko nadzieja, szybko zastępują ją łzy i strach paraliżujący całe moje ciało, bo nawet nie mam broni, nie mam jak nas obronić.

Gdy pozwalam swojej głowie lekko opaść na ramię Peety szybko przypominam sobie, gdzie jesteśmy i bystrzeję. Nie mogę sobie teraz pozwolić na sen, nie w tym miejscu, tym bardziej nie mogę zostawić Peety samego.

Kiedy jakiś czas później słyszymy dźwięk otwieranych zasów i drzwi oboje udajemy, że ani trochę nas to nie interesuje. Słowo udajemy ma tu jednak kluczową rolę. Gale wchodzi do pokoju i stawia na ziemi tacę z kubkiem wody i talerzem pełnym czerstwego chleba. Nasza działka żywnościowa.

Najpierw Gale podchodzi do Peety. Słyszę, jak strzykają mu kolana, gdy przed nim klęka i potrafię bez patrzenia na niego powiedzieć jak szeroki uśmiech rozciąga się na jego ustach. Gale musi być w niebo wzięty mogąc patrzeć na Peetę z góry wygranej pozycji.

- Głodny? - Pyta go Gale.

Marzę o tym, żeby powiedział tak, ale i on zdążył już zauważyć, że jedzenia jest dla jednej osoby. A nawet, gdyby było go więcej, Peeta wszystko by mi oddał. Dlatego nie jestem zdziwiona, gdy mówi:

- Nie. Nie jestem głodny.

Gale podchodzi do mnie z talerzem i wciska mi do buzi pierwszy kawałek chleba. Przeżuwam go powoli, ale nie ma smaku. Suchy kawałek, muszę długo gryźć, żeby wreszcie móc go przełknąć. Gale bez namysłu wciska mi do buzi drugi i tak aż jedzenie się skończy. Peeta mocno zaciska dłonie na moich, jakby tylko w ten sposób powstrzymywał się od rzucenia na Gale'a.

- To teraz może się napijesz, Kotna? - Nie czekając na moją odpowiedź przechyla zawartość kubka i odchylając moją głowę do tyłu wlewa mi ją do gardła. Staram się połknąć wszystko, ale wody jest za dużo. Zaczynam się krztusić, gdy nie nadążam jej pić, a ona wpływa mi do nosa. Gale mnie puszcza, a ja zaczynam kasłac i łapczywie łapać powietrze.

Widzę jego paciorkowate oczy tuż przed swoimi i ten szeroki uśmiech nie zwiastujący niczego dobrego. Zdaję sobie sprawę jak bezbronna i żałosna wydaję się w jego oczach.

- Kotna, możesz to wszystko skończyć. Wystarczy, że powiesz, że ze mną zostaniesz, a kochaś będzie wolny. Wypuszczę go, nic mu już nie zrobię.

- Nie, Katniss... - cichy głos Peety przywraca mnie do rzeczywistości. - Nie wybierzesz się z nim nigdzie. Słyszysz, Gale?! Ona nigdzie z tobą nie pójdzie!

- Ty tak sądzisz - odpowiada mu spokojnie Gale nie odchodząc ode mnie.

Wpatruję się w niego spokojnie i próbuję znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji. Żadnego nie dostrzegam, co jeszcze bardziej zaczyna mnie irytować. Spoglądam Gale'owi w oczy i cedzę przez zaciśnięte zęby:

- Idź do diabła.

- Niczego ciekawego nie miał mi już do zaoferowania.

Wstaje i mam nadzieję, że po prostu odejdzie, ale on zatrzymuje się jeszcze przed Peetą i wali go pięścią w twarz. Peeta nawet nie jęczy. Jest cichy i znosi wszystko bez niepotrzebnych gwałtownych rekacji.

- Co takiego w sobie masz, piekarzu?! Co sprawia, że dziewczyna pójdzie za tobą wszędzie?!

- Nic. Ja jej do niczego nie zmuszam - odpowiada mu Peeta, a Gale zamierza się by uderzyć go po raz kolejny. W ostatniej chwili rozmyśla się i zamyka za sobą drzwi. Słyszę hałas i domyślam się, że Gale rzucił w ścianę metalową tacą, na której przyniósł nam jedzenie.

Odczekuję chwilę i wreszcie się odzywam:

- Nie musiałeś tego robić.

- Boli cię coś? Skrzywdził cię jakoś? - Głos Peety jest naglący.

Badam swoją szczękę poruszając nią i sprawdzając, czy nie jest złamana.

- Nie, nic mi nie jest - odpowiadam ściskając jego palce.

- A Lizzie?

Chwilę muszę się skupić, aby poczuć chociażby najmniejszy jej ruch. Udaje mi się, przewraca się przez sen.

- Chyba śpi - uspokajam go.

Peeta podciąga się na krześle, ale wychodzi mu to dość nieporadnie. W końcu przestaje się wiercić i odwraca głowę najbardziej jak tylko może w moją stronę idę za jego przykładem i nasze czoła stykają się ze sobą. Żar leje się z Peety, a ja zastanawiam się, co mu zrobili.

- Powiedz jej, że tata zrobiłby dla niej wszystko, dobrze? I zrobi wszystko co będzie mógł.

- O czym ty mówisz?! - Mój głos jest piskliwy, niemal błagający. - Peeta?

- Kiedy powiem uciekaj, masz uciekać.

- Nie...

- Nie wolno ci się patrzeć za siebie, nie odwracaj się, ani nie wracaj po mnie.

- Peeta!

Dostrzegam błysk noża, to scyzoryk wystaje z wysokiego do pół łydki buta Peety. Zwinnie sięga po niego, a ja rozumiem już, że wiercił się tak, aby nieco go wsyunąć. Łapie go między kciuk i mały palec i wolno zaczyna nim przesuwać po naszych więzach.

- A co jeśli nas podsłuchują, albo są tu kamery.

- Nie ma - odpowiada mi nie przerywając działania.

- Skąd wiesz?

- Bo wiem, gdzie jesteśmy.

Kamienieję przez chwilę jedynym, co słychać jest skrobanie ostrza o sznur.

- Jak to? - Pytam wreszcie odzyskując zdolność mówienia.

- Ja i Haymitch... Johanna nam pomogła. Długa historia. To jedna z podziemnych cel więziennych w 8 Dystrykcie. Gale musiał się tu chować po swojej ucieczce. Dlatego go nie znaleźli.

- Peeta, co ty zamierzasz zrobić?

- Zaufaj mi. Tylko mi zaufaj - odpowiada, a ja czuję węzły upadające na ziemię. Jestem wolna.    

12:27, moda_pisarka
Link Komentarze (6) »
środa, 29 stycznia 2014

Witajcie! Zapraszam do czytania, kolejny rozdział w piątek koło 14.00. Równie długi :)

 

Lipiec okazuje się być nie tylko gorący, ale też duszny. Słońce pali niemiłosiernie powodując, że moja skóra już w połowie lata ma odcień złotych jesiennych liści. Zbawieniem okazuje się wiatr, który daje nieco wytchnienia w nocy wiejąc znad jeziora. Miesiąc wystarcza by nasz azyl naprawdę zaczął wyglądać, jak nowy dystrykt. Pałac Sprawiedliwości wznosi się nad głównym placem dając schronienie w swoim cieniu w te upalne dni, szkoła została już całkiem zbudowana, podobnie, jak większość domów.

Czasem przechadzając się między tymi budynkami, tymi uliczkami, wydaje mi się, że to wszystko wygląda za pięknie, jakby zaraz mogło zniknąć. Haymitch pełni funkcję burmistrza dopóki wszystkie prace się nie zakończą, a Johanna nie powoła w 14 Dystrykcie właściwego człowieka na to stanowisko.

Jak tylko mogę pomagam Peecie w piekarni, czasami staję za ladą i pochłaniam jedną bułkę z serem za drugą, innym razem spisuję się w swoim obowiązku lepiej i oddaje je klientom. Annie i Nick są dla mnie okazją by wyrwać się z domu i nie czekać bezczynnie, aż Peeta wróci z pracy. Nick raczkuje, co nieco utrudnia pilnowanie go i nadążanie za nim. Bolą mnie oczy, gdy na niego patrzę, a wszystko dlatego, że tak bardzo przypomina Finnicka, czasem muszę nadzwyczajniej odwrócić wzrok, aby nie wrócić do tamtej okropnej chwili. Długich jaszczurzych ciał i Finnicka... Jestem lekko nietaktowna, dlatego, gdy Nick usypia w łóżeczku na górze (które jeszcze przez krótki czas ma stać puste), siadam obok Annie i pytam ją, jak ona może to znosić.

- Jest trudno - mówi patrzą mi w oczy. - Ale Nick jest moim synem, a Finnick nie chciałby, żebym się załamywała. Muszę spobie radzić. Dla nich obojga, nawet jeśli tylko jedno jest przy mnie. Czasami... Czasami płaczę, zwijam się w kulkę przy Nicku i płaczę przypominając sobie, że Finnick już nie wróci. Ale... to Nick pomógł mi wyjść z mojego załamania, pomógł mi się pozbierać. Jest trudno, ale nie mam wyjścia.

Staram się nie wpatrywać w nią za długo, żeby nie mogła odczytać myśli jakie plączą mi się w głowie. To moja wina. Gdybym nie pozwoliła Finnickowi pójść ze mną do Kapitolu, gdybym nie pozwoliła mu... Żyłby.

Wyginam swoje palce w niemożliwym do opanowania nerwowym tiku. Annie kładzie swoją dłoń na mojej i przygarnia mnie do siebie. Nie odsuwam się, bo potrzebuję tego równie mocno, co powietrza.

- Gdyby to był Peeta, a nie Finnick, a ja byłabym na twoim miejscu... - zaczynam starając się przełknąć gulę w gardle.

- Cii - przerywa mi Annie. - To nie twoja wina. Nigdy nie była. Finnick postąpił właściwie. A ty nie mogłaś nic na to poradzić.

Czy na pewno nie mogłam?

- Zawsze można coś zrobić - oponuję łamiącym się głosem.

Wieczorem siedzę w salonie przy otwartym oknie i pozwlam, żeby wiatr wysuszył łzy i ślady po nich na moich policzkach. Brodę trzymam na dłoniach splecionych po zewnętrznej stronie parapetu. Dostrzegam jego sylwetkę, kiedy kroczy między drzewami idąc do domu. Jego jasne włosy jak zawsze lśnią w świetle księżyca przybierając srebrnawą barwę. Zatrzymuje się, żeby przyjrzeć mi się i już po chwili wchodzi do domu.

- Coś nie tak? - Pyta zachodząc mnie od tyłu. Wierzchem dłoni ocieram ostatnie łzy z policzków.

- Nie - odpowiadam. - Tak, tylko myślałam.

- Czyżby?

- Annie była z Nickiem i chyba za bardzo przypomina mi Finniska, żebym mogła uciec tamtym wspomnieniom.

Peeta od razu wie o czym mówię i co mnie trapi. Jego twarz przyjmuje ten specyficzny wyraz, którego nie zna nikt poza mną. Siada w fotelu obok mnie i przyciska swoje czoło do mojego. Jego oddech owiewa mi twarz, a uczucie to należy do jednych z najprzyjemniejszych, jakich doświadczyłam w życiu.

- Nie możesz obwiniać się za śmierć wszystkich, których znałaś albo którzy znali ciebie. To tak nie działa. Finnick wiedział na co się pisze. Wiedział co robi. I jeśli ktokolwiek jest odpowiedzialny za jego przedwczesną śmierć to Snow. Pamiętasz? To od niego wszystko się zaczęło.

- Nie - zaprzeczam. - Wszystko zaczęło się ode mnie i tych głupich jagód, których nie zjadłam. Ja to spowodowałam.

- Przed tobą był Snow i ci, którzy stworzyli Igrzyska. Ty jedynie pomogłaś to zakończyć.

- Nie chciałam wtedy niczego kończyć - dalej kręcę głową. Rozpaczliwie ściskam go za dłonie. - Mieliśmy wyjść z tego żywi, tylko tyle. Oboje mieliśmy przeżyć. Nic więcej.

- Wiem to - odpowiada mi cicho. - I nawet nie wiesz, jak ja żałuję, że nie połknąłem wtedy tych jagód. Nie brałabyś udziału w 75 Igrzyskach, nie byłoby całego tego buntu i rewolucji...

Patrzę na niego przez chwilę i próbuję sobie wyobrazić jak bym się czuła, gdyby Peeta wtedy połknął te jagody. Na pewno obwiniałabym się za jego śmierć i w dodatku ludzie w moim Dystrykcie by mnie znienawidzili. Słusznie. Sama bym siebie znienawidziła.

Mocno chwytam Peetę w objęcia bojąc się, że te wyobrażenia za chwilę mnie naprawdę pochwycom i utopią.

- Nie, proszę. Nie zrobiłbyś tego...

Peeta nie odpowiada i nie porusza już tego tematu siedzimy przez jakiś czas w ciszy, aż przestanę się trząść. Peeta opowiada mi o tym, jak minął mu dzień, a ja mówię mu dokładnie to samo w zamian.

- Byłam u doktora zanim przyszła Annie - mówię. - Powiedział, że do rozwiązania nie jest już tak bardzo daleko.

Przełykam głośno ślinę, kiedy Peeta wpatruje się we mnie swoimi przejrzyście błękitnymi tęczówkami.

- Boisz się? - Pyta całując mnie w skroń.

- Trochę - odpowiadam zgodnie z prawdą. - Nie wiem czego boję się bardziej : samego rozwiązania, czy tego, co będzie po nim.

- Będę z tobą, a poza tym kto ma dać sobię radę, jak nie my? Jaki termin dokrot wyznaczył?

- Potwierdził ten początkowy. Trzeci września. 

- Czyli trzydzieści pięć dni.

- Ale mówi, że pewnie będzie o wiele wcześniej - dodaję.   

Tej nocy, gdy zasypiam czuję więcej niż strach. Czuję więcej niż niepokój, a wszystko dlatego, że zdaję sobie sprawę, że przez cały ostatni miesiąc tak bardzo uwierzyłam w swoje udawane normalne życie, że zapomniałam o prawdziwym niebezpieczeństwie.

Podnoszę się i w świetle księżyca, jakie wpada do pokoju przez otwarte okno dostrzegam sylwetkę Peety, zarys jego mięśni brzucha, pleców i ramion. Jedną dłoń ma niedbale zarzuconą na poduszkę, dugą wyciągnętą w moją stronę, jakby nie potrafił spać spokojnie bez świedomości, że jestem obok. Wiem, że tak rzeczywiście jest, bo sama czuję dokładnie to samo.

Wymykam się narzucając na siebie luźny podkoszulek i spodnie od dresu. W kuchni udaje mi się znaleźć mleko, więc szybko wypijam jedną, drugą i wreszcie trzecią szklankę. Siadam na swoim wcześniejszym miejscu i wpatruję się w powoli szarzejące na wschodzie niebo. Zegar pokazuje trzecią w nocy. Jeszcze dwie godziny i zrobi się widno.

Melodia, którą zaczynam nucić również wiąże się z bolesnymi wspomnieniami. Widzę Rue pośród kwiatów, widzę Prim z krzykiem budzącą się ze snu. I widzę siebie... kiedy tata śpiewał mi dokładnie tą samą pieśń o dolinie, gdy jako mała dziewczynka sama miewałam koszmary. Miał zwyczaj przysiadywać na łóżku obok mnie i przez bardzo długi czas śpiewać, aż uspokoję się i wreszcie zasnę. Pamiętam, że kiedy powiedziałam mu, że się boję spać w ciemności uśmiechnął się do mnie i powiedział:

- Więc zamknij oczy i wyobraź sobie środek najbardziej słonecznego dnia. Wyobraź sobie, że ciemność i noc nie istnieją, a skoro ich nie ma nie masz się czego obawiać.

- Tęsknię za tobą, tato - szpeczę pod nosem, tak jakby mógł mnie usłyszeć, tak jakby w rzeczywistości stał tuż obok mnie, kładł mi dłoń na ramieniu i szeptał do ucha:

- Mam cię wreszcie.

Pierwszy jest strach, drugi instynkt i niestety, jakoże to niewłaściwa kolejność nie zdanżam obronić się przed nadchodzącym ciosem w głowę. Padam na ziemię, widzę gwiazdy i nie jestem pewna, czy są one prawdziwe, czy to wymysł mojej wyobraźni. Dostrzegam twarz, bardzo dobrze znaną mi twarz i chcę zawołać Peetę, ale nie mam na to wystarczająco siły.

Ciemność nadchodzi pierwsz i niestety nie potrafię sobie wyobrazić, że trwa dzień.

 

***  

 Kiedy odzyskuję przytomność ból promieniujący z tyłu głowy rozprzestrzenia się wszędzie. Czuję go w plecach i koniuszkach palców, którymi nie mogę poruszyć. Czuję ból nawet w cebulkach włosów, zupełnie, jakby ktoś mnie za nie ciągnął. Chwilę zastanawiam się, co właściwie się stało i gdzie jestem. Wokół mnie panują egipskie ciemności, niczego nie jestem w stanie zobaczyć, niczego dostrzec. Biorę głębszy oddech i staram się oszacować stan swojego ciała. Czuję silne rwanie w ramieniu i lewej łopatce. Ból w udzie również jest nieznośny, zupełnie jakby ktoś wbijał mi wciąż w to samo miejsce ostrze noża.

Cisza jaka tutaj panuje jest tak głucha, że mam problem z ustaleniem tego, co mnie właściwie obudziło. Dociera to do mnie dopiero, gdy Lizzie po raz kolejny mocno mnie kopie. A więc to ona... Czuję ulgę, kiedy dociera do mnie, że nic jej nie jest.

Słyszę syk. Nagle, głośny, niespodziewany. I otwierają się drzwi. W pomieszczeniu na raz robi się niesamowicie widno, a ja dostrzegam, że leżę na materau w niewielkim pokoju, po za materacem nie ma tu żadnych mebli. W drzwiach stoi mężczyzna. Uśmiecha się do mnie szelmowsko, a ja przypominam sobie, jak tata powiedział, kiedyś, że ten uśmiech nie zwiastuje niczego dobrego.

- Katniss - słyszę swoje imię, ale w jego ustach brzmi ono, jak przekleństwo.

- Gale - również się odzywam i patrzę mu głęboko w oczy.

- Może rozmowa z tobą będzie prostsza niż z twoim kochasiem - wciąż się do mnie uśmiecha. - Obawiam się, że Peeta potrzebuje specjalnej zachęty, żeby w końcu zacząć ze mną rozmawiać. Ciągle tylko wyrywał się i kazał się do ciebie zaprowadzić. Może w takim razie to was uspokoi.

Gale ciągnie za zasłonę, którą wcześniej błędnie wzięłam za ścianę. Pod nią znajduje się szyba. Widzę Peetę posiniaczonego, ale przytomnego i wciąż zdeterminowanego do działania. On też mnie zauważa i wbija we mnie zaniepokojone spojrzenie. Siadam ostrożnie, bo ból mnie spowalnia, i daję mu znać głową, że ze mną wszystko w porządku. Widocznie mu to nie wystarcza. Widzę swoje odbicie. Twarz mam posiniaczoną, a włosy we krwi. Obojczyk, chyba mam wybity, siniak ciągnący się od ramienia musi obejmować i plecy, tam gdzie boli mnie łopatka. W spodniach na udzie widzę niewielkie rozcięcie i zastanawiam się skąd ono się wzięło. Najwidoczniej Gale był zniecierpliwiony i nie zwracał uwagi na to, czy robi mi krzywdę.

- A teraz Katniss - znów odzywa się Gale. - Powiedz mi, jak bardzo zależy ci na Peecie. Zastanów się nad odpowiedzią, bo za każdą błędną... - tutaj robi pauzę, a Peeta dostaje uderzenie w twarz od mężczyzny stojącego za nim. Pewnie by się bronił gdyby nie był przywiązany do krzesła. - Za każdą złą odpowiedź zapłaci Peeta.

Słyszę swój własny krzyk, gdy ktoś znowu uderza Peetę w twarz, później w brzuch. Czuję się jakby wszystkie moje koszmary właśnie się spełniły. 

15:01, moda_pisarka
Link Komentarze (10) »
wtorek, 28 stycznia 2014

Peeta i ja patrzymy na poduszkowiec, do którego wsiada Śliska Sue i jeszcze kilku innych mieszkańców 12 Dystryktu. Dziwnie się czuję ze świadomością, że oni wracają do domu, a ja nie. Nie potrafię też nic poradzić na to uczucie konsternacji: chcę wrócić i jednocześnie równie mocno chcę zostać.

Haymitch posyła mi krótki uśmiech stojąc kawałek dalej. I on zostaje. Oboje z Peetą wiemy, że robi to bardziej ze względu na nas niż siebie samego. Jego uśmiech jest pokszepiający, sprawia, że wdycham głęboko powietrze i prostuję się nie pozwalając myślom zawładnąć nade mną.

Kiedy poduszkowiec unosi się i znika w oddali wciąż stoję w tym samym miejscu i myślę. Wtedy na moje ramię pada ciepła dłoń. Odwracam się i patrzę w twarz mojej mamy.

- Robi się późno - mówi do mnie.

Niechętnie pozwalam jej się poprowadzić na główny plac, na którym stoi już szkielet Pałacu Sprawiedliwości. Ludzie, których Johanna obiecała przysłać spisywali się naprawdę dobrze; udało im się półtorej piętra postawić w niecały tydzień.

Mama prowadzi mnie na ławkę i sama przysiada obok mnie. Po raz pierwszy od dłuższego czasu naprawdę przyglądam się temu miejscu. Niemal podwojono liczbę domów do zamieszkania, prawie wszystkie odremontowano. Pomyśleć, że minęły zaledwie trzy tygodnie od naszego powrotu z przyjęcia w Kapitolu.

Pomału ruszają prace nad budową szkoły. Niestety, w związku z owymi planami przeobrażenia tego miejsca w nowy Dystrykt trzeba było pozbyć się większości drzew, tak, że teraz okalają one jezioro i tą częśc terenu, która miała pozostać nienaruszona.

Upalny koniec czerwca zwiastował nadejście równie gorącego, ale i burzowego lipca. Wracam do rzeczywistości dopiero, gdy mama splata swoje palce z moimi.

- Kiedy przyleci poduszkowiec z 4 Dystryktu? - Pytam ją, ale pytanie ledwo przechodzi mi przez gardło. Czuję się, jakbym miała ponownie ją stracić, jakby ona ponownie mnie odtrąciła. 

- Nie wiem - odpowiada, kierując tym samym na siebie moją jeszcze bardziej skupioną uwagę. Posyła mi krótki uśmiech. - W 4 Dystrykcie poradzą sobie chyba beze mnie. Bardziej istotne wydaje mi się teraz zostanie tutaj i pomoc tym ludziom.

- Ale przecież...

- To nie jest 12 Dystrykt, Katniss. Tutaj nie ma niczego, co by raniło, bo z tym miejscem nie wiążą się żadne wspomnienia - odpowiada mama.

Patrzę na nią jeszcze przez chwilę, a później wtulam twarz w jej ramię próbując pochamować głupie łzy szczęścia. Niemal słyszę jej uśmiech, gdy mówi:

- Zostanę tu z tobą.

- Cieszę się. Nawet nie wiesz jak bardzo.

Długo tak siedzimy obok siebie, a mama opowiada mi o wszystkim, w czym zamierza tutaj pomóc. Mówiła o zbudowaniu szpitala oraz specjalnego zaułka dla biedniejszych ludzi i dzieci bez rodziców. Mówi o tym, że Johanna poinstruowała już Haymitcha, aby objął jedno z trzech miejsc w Radzie Dystryktu.

- Kto zajmie dwa ostatnie?

- Jedno z nich burmistrz - odpowiada mi mama. - A drugie nie wiem, pewnie ktoś, kto będzie zajmował się finansami Dystryktu. Haymitch jest zastępcą burmistrza.

- Nie spodoba mu się chyba świadomość, że będzie musiał pokazywać się publicznie trzeźwo - śmieję się pod nosem przypominając sobie Haymitcha spadającego ze sceny podczas Dożynek 74 Igrzysk.

- Powinien sobie poradzić - oznajmia mama. I szybko spogląda mi w oczy. - Tutaj może być nasz nowy dom. Bez widm i bólu.

- Ale tam zostały i dobre wspomnienia - zauważam.

- Wspomnienia można stworzyć i tutaj, a i Prim i twój ojciec chcieliby, żebyśmy ruszyły na przód.

Słyszę, jak ktoś krzyczy imię mojej mamy i dostrzegam swojego lekarza. Doktor zatrzymuje się przy nas i zwraca się bezpośrdenio do mamy:

- Potrzebuję asystentury przy dość skomplikowanym złamaniu kości udowej - oznajmia, a mama posyła mi przepraszające spojrzenie i rusza za nim.

Zostaję sama na ławce słuchając uderzeń młotka o drewno i wołania ludzi. Mimo, że jest już późno i ciemno nikt tutaj zdaje się nie zwracać na to uwagi. Na chwilę zamykam oczy i próbuję wyobrazić sobie las w 12 Dystrykcie, ten po którym biegałam za zwierzyną, w którym zastawiałam sidła, do którego chodziłam z ojcem. A zaraz potem przypominam sobie o drewnianym domku nad jeziorem, który zbudował Peeta chcąc dać mi sznasę na nowy początek. Decyzja nie jest łatwa. A ja wciąż nie podjęłam tej ostatecznej.

Kiedy zamykam oczy i wsłuchuję się w satara pieśń o dolinię na chwilę się zapominam i wtedy czuję silna dłoń na swoich ustach. Chwilę panikuję, ale szybko dostrzegam błysk niebieskich tęczówek.

- Nie chciałem cię przestraszyć - mówi niemal bezdźwięcznie. - Coś ci pokażę.

Prowadzi mnie ciemną uliczką do budynku starej kamienicy, którą już zaczęto odnawiać. Wchodzimy do środka. Peeta spogląda to na mie to na napis na drzwiach i szyld nad nimi. Nagle to do mnie dociera.

- Piekarnia - szpeczę.

- Tak, kupiłem ją. Dla nas. Nie tylko dla mnie.

Patrzę to na niego to na napis nad drzwiami, niezbity dowód na to, że Peeta nie jest już sam, tak jak i ja. Jego nazwisko lśni pomarańczem na zielonym tle. Uśmiecham się pod nosem. Peeta jednak dostrzega pod tym coś jeszcze, znów widzi, że wcale nie cieszę się tak jak bym chciała. Sadza mnie na krześle, a sam kuca na przeciwko.

- Co się dzieje? Rozmawiałaś z mamą?

- Tak. Zostaje.

- To dobrze - widocznie się cieszy. Więc, czemu ja nie mogę? Co sprawia, że wcześniejsza radość nie może spowrotem do mnie trafić.

Patrzę na niego przez chwilę.

- Chyba nie jestem odpowiednim towarzyszem do tego by się cieszyć z czegokolwiek.

- Bzdura - otacza moje dłonie swoimi. - Co cię trapi?

Przymykam na chwilę oczy, ale i tak nie mogę pozbyć się wspomnienia uśmiechniętej twarzy Prim. Czemu tak trudno jest zapomnieć? Peeta obejmuje mnie, gdy pierwsza łza napływa mi do oczu, a ja mogę tylko wykrztusić z siebie jedno słowo:

- Przepraszam.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------

Nowy rozdział dopiero o 18.00 :)

13:03, moda_pisarka
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 27 stycznia 2014

Wiem, że nigdy nie zapomnę spojrzenia Peety, jakim uraczył mnie po moim przebudzeniu z koszmarów. Nigdy miałam nie zapomnieć, jak na jego twarzy niepewność ustępuje miejsca poczuciu zdrady. Przez kilka długich dni wydaje mi się, że Peeta wręcz unika komunikowania się ze mną w jakikolwiek sposób. Nie odtrąca mnie, po prostu zachowuje się, tak jakby dawał mi przestrzeń... albo czas do przemyśleń. A może daje czas samemu sobie? Czasami, kiedy zasypiam widzę go stojącego za oknem, albo siedzącego nad jeziorem i wpatrującego się w wodę i wtedy zastanawiam się, czy to wina moja ogólnie, czy może chodzi tylko o to jedno zdanie, jakie wypowiedziałam na sam koniec.

Wmawiam sobie, że przecież nie może mieć mi za złe tego, że czuję żal do Gale'a o to, że zabił mi siostrę. Wiem, że Peeta mnie rozumie, ale nie jestem pewna, czy dalej jest cierpliwy w stosunku do mnie, tylko, że ja sama nie jestem już w stosunku do siebie cierpliwa. Nic z tym nie robiłam, niemal uciekałam i się chowałam nie mając odwagi stanąć z Gale'em do prawdziwego pojedynku. A dopóki tego nie zrobię, wiem, że nie pomszczę Prim i nie uwolnię się od poczucia winy, jakie odczuwam.

Któregoś wieczora, jednak nie mogę już wytrzymać dłużej tej ciszy. Siadam obok Peety na ławeczce zrobionej z dwóch konarów sosny i chowam dłonie w rękawy swetra w ochronie przed zimnem bijącym od wody. Księżyc odbija się w jego tafli, a Peeta zdaje się mnie nie zauważać. Nawet nie zerka w moją stronę, gdy siędze oddalona od niego o jakieś pół metra, aby nasze ciała się nie zetknęły.

- Masz mi za złe to, co powiedziałam?

- Co mam mieć ci za złe? - Odpowiada pytaniem na pytanie. Nie wierzę, że już zdążył zapomnieć o tamtej naszej rozmowie.

- Wiesz dobrze, o czym mówię. Chodzi mi o Gale'a.

- Naprawdę sądzisz, że jestem na ciebie zły? - Po raz pierwszy spgląda na mnie, ma lekko uniesione brwi i ten specyficzny wyraz twarzy, jak zawsze wtedy, gdy próbuje coś sobie samemu wyjaśnić. Do czegoś samego siebie przekonać. - Nie jestem zły. I nigdy nie będę na ciebie zły. Mam bardzo wysoką tolerancję na twoje pomysły i ciebie, Katniss. 

- Więc o co chodzi? - Dopytuję się. - Nie rozmawiasz ze mną. Prawie... unikasz.

- To, że zbytnio nie potrafię się na ciebie gniewać nie oznacza, że nie czuję się zawiedziony, czy zdradzony. Niemal... odepchnięty.

Ostatnie słowo na długo zawisa pomiędzy nami będąc przyczyną nowego rodzaju ciszy; tej pełnej nieokiełznanych myśli i niezebranych słów.

- Czemu cię zawiodłam? - Postanawiam zadać pierwsze pytanie.

- Bo zdajesz sobie nie zdawać sprawy, jak niebezpieczne jest to, co chcesz zrobić. Po za tym wydaje mi się, że umówiliśmy się, że ja będę się o ciebie martwił, a ty sama skupisz się na problemach mniejszego kalibru. Nie jesteś już przecież sama, a tak się zachowujesz. Chociaż... gdybyś była sama raczej nie powiedziałabyś mi o tym, co planujesz.

- A dlaczego cię odepchnęłam?

- Nie pozwalasz, żebym coś zrobił za ciebie, w twoim imieniu, odychasz mnie i sama stajesz na lini zagrożenia.

- A czemu... - wacham się chwilę przy ostatnim pytaniu, muszę walczyć, by znieść jego opanowane spojrzenie. - A czemu cię zdradziłam?

Peeta wypuszcza powietrze, najwyraźniej to było pytanie, na które właśnie czekał. To, na które odpowiedź miała być dla niego najtrudniejsza do wypowiedzenia, a dla mnie do wysłuchania. Prawda bolała, tym bardziej, że ja zadałam mu ból pierwsza.

- Ryzykujesz swoim życiem i życiem naszego dziecka dla Gale'a. Postępujesz tak, jakby odegranie się na nim było ważniejsze od tego, co się z tobą... z wami obiema stanie! Jakbyś była zaślepiona, rozumiem, że jesteś zdeterminowana, ale nie możesz postępować pochopnie w takiej sytuacji, tym bardziej nie wolno ci podejmować takiej decyzji samej! Powinna ona należeć do nas obojga! Jest tak jakby bardziej zależało ci na zabiciu go niż... niż dziecku.

Jego spojrzenie boli, przeszywa na wskroś i sprawia, że czuję się jak winna postawiona przed sądem. Czy naprawdę tak postępowałam? Czy naprawdę tak to w jego oczach wyglądało? Czy naprawdę... mogłam, byłam zdolna to zrobić? Spuszczam wzrok an swoje dłonie starając się wychwycić moment, w którym zabicie Gale'a postawiłam sobie za cel ważniejszy niż zapewnienie mojemu dziecku bezpieczeństwa. Jakbym znów była trybutką, która chce się pozbyć konkurencji, a nie dziewczyną chcącą jedynie uwolnić się od przeszłości i żyć zwyczajnie.

To lęk... czy może obrzydzenie czuję do samej siebie?

- Peeta?

- Co? Zamieżasz powiedziedzieć, że nie tak to wygląda? Czy może, że naprawdę musisz to być ty i moja pomoc i obecność nie jest ci do niczego potrzebna?

Podnoszę się z ławki i w końcu przykuwam jego uwagę. Nareszcie zdaża się mnie zauwazyć, a nie tylko widzieć, że stoję obok.

- Gale zniszczył moje życie! - Mówię twardo, stanowczo. - Zabrał mi wszystko, co miałam. I połowę tego o co walczyłam przez tak długi czas. Nie możesz mi powiedzieć, że załatwisz to za mnie, bo to ja powinnam to zrobić! Ja powinnam pozbyć się przyczyny swoich koszmarów, a nie ktoś zamiast mnie! Peeta! Najlepiej powinieneś o tym wiedzieć!

- Poświęcasz własne życie i życie nienarodzonego dziecka, aby pomścić śmierć siostry. Rozumiem. I naprawdę popieram, że chcesz pomścić Prim. Ale życia jej to nie zwróci, za to spowodujesz jedynie kolejne trzy śmierci. W tym dwa, na które nie zamierzam się zgodzić!

- Nie chcę skrzywdzić Lizzie - zapewniam go.

- Więc, jak to zrobisz, hę?

- Chyba nie muszę zbliżać się do niego uzbrojonego, prawda? - Zauważam szukając jakiegoś wyjaścia z tej sytuacji. - Ja tylko to zakończę.

Peeta patrzy na mnie chwilę, w końcu i on podnosi się z miejsca.

- Dobrze, bo nie zamierzałem pozwolić się do niego zbliżyć, na bliżej niż cztery metry - odpowiada.

Mija mnie bez słowa. Patrzę jak idzie w kierunku domu i czuję jakieś nowe uczucie, tak jakby strach, tak jakby niepewność. Czy on właśnie...

- Peeta! Peeta!

Odwraca się przez ramię, żeby na mnie spojrzeć.

- Dokąd idziesz?!

- Nie wiem. Chyba pobyć chwilę samemu.

Kręcę głową doganiając go.

- Nie chcesz być sam, tak jak ja. Porozmawiaj ze mną, a nie uciekaj.

Peeta spogląda na mnie spod swoich długich i jasnych rzęs.

- Wiesz, co mnie najbradziej boli? Że naprawdę ani na chwilę nie zawachałaś się mówiąc, że chcesz zabić Gale, tak jakby nic innego się nie liczyło. Tak, jakbym i ja się nie liczył...

- Oczywiście, że się liczysz, ja...

- Po prostu nie myślałam? Po prostu prowadzi mną momentami lekkomyślność...

- Po prostu chcę to zakończyć, okej?! Odkąd rewolucja się skończyła nie dostałam chociaż by jednego dnia, podczas którego chociaż raz nie nawiedziłaby mnie jakaś obawa i ani jednej nocy podczas, której nie musiałabym budzić się z krzykiem ze snu. Nie pamiętam życia bez lęku, a bardzo chciałabym do niego wrócić, więc nie miej mi proszę za złe, że chcę się w końcu uwolnić od wszystkiego, co mnie ogranicza!

Peeta spogląda na mnie jeszcze przez chwilę, a ja jestem wściekła na siebie i na łzy goryczy i złości spływające mi po policzkach.

- Przepraszam, Peeta.

Chcę go minąć i wejść do domu, ale zaciska dłoń na mojej ręce i przyciska mnie do siebie. Jego usta odnajdują moje, jego pierś ociera się o moją, a nasze oddechy stają się tak samo szybkie. Oddycham z ulgą, gdy dociera do mnie, że Peeta rozumie, nie popiera mnie do końca, ale wciąż jest jedyną osobą, która mnie rozumie i... w pewien sposób jest w stanie okiełznać i zastopować.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------

Następny rozdział jutro koło 13.00. :) 

20:51, moda_pisarka
Link Komentarze (7) »

- Czas na wybór dwojga śmiałków, którzy będą reprezentować Dystrykt 12 w 74 Igrzyskach Głodowych!

Nie wiem jak to możliwe. Stoję pośród tłumu dzieciaków przed Pałacem Sprawiedliwości. Effie stoi na podeście w tej jaskrawej sukence, na szpilkach tak wysokich, że mimo doświadczenia, jakie nabyłam przy Cinnie w Kapitolu nie wiem, czy potrafiłabym wystać w nich dłużej niż cztery sekundy. Rozglądam się gorączkowo wokół siebie, ale nie odnajduję wzrokiem, ani Prim, ani Peety. Nigdzie ich nie widzę, chociaż mocno wytężam wzrok. Spotykam spojrzenie kogoś zupełnie innego.

Pamiętam, jak nasze spojrzenia spotkały się podczas prawdziwych Dożynek, byliśmy przyjaciółmi, tylko, nie mieliśmy pojęcia, co miało się niebawem zdażyć. Teraz też na siebie patrzymy. Gale uśmeicha się tak, jak wtedy, jakby chciał dodać mi otuchy.

Odwracam wzrok, gdy słyszę:

- Panie mają pierwszeństwo!

Mijają dwie sekundy, dwie długie sekundy mojej niepewności i zaczynam zastanawiać się, czy to aby na pewno sen w końcu pada imię Prim. Zgłaszam się za nią, czując się przy tym dokładnie, jakbym odgrywała swoją rolę, jakbym nie miała kontroli nad tym, co robię. Jakbym nie miała kontroli nad swoim snem. Prim krzyczy, wydziera się i płacze. Gale ją odciąga. Znów widzę jego spojrzenie i tak jak pamiętam wdzięczność do niego, gdy w rzeczywistości odciągał Prim, teraz czuję do niego nienawiść. Obrzydzenie, tak olbrzymie, że budzę się ze snu.

Ogień w kominku już dawno zgasł. Peeta śpi obok mnie, a ja drżę jeszcze przez chwilę. Szybko udaje mi się uspokoić oddech i spowrotem zasnąć.

 

*** 

Tym razem jest dużo gorzej. Widzę Prim, która przyszła się ze mną pożegnać przed Igrzyskami, po chwili, jednak widzę Gale, który wpatruje się we mnie zajadle tłumacząc mi po moim tourne, że nie ma zamiaru nigdzie uciekać. Czy naprawdę, kiedyś go o to poprosiłam? Czy naprawdę, kiedyś  zależało mi na tym, żeby go uratować? Teraz nie mogę sobie tego wyobrazić. Zupełnie, jakbym słyszała je ponownie, słyszę każde zdanie, jakie Gale wypowiedział o Peecie.

Chcę krzyczeć i płakać. Po chwili jednak czuję się zupełnie bezpiecznie. Czuję mokry piasek pod swoimi dłońmi, a kiedy otwieram ponownie oczy siedzę na plaży areny Ćwierćwiecza razem z Peetą. Wpatrujemy się w morze, a przynajmniej on to robi, ja mogę patrzeć tylko na niego.

Wyciąga do mnie rękę i podaje mi swój medalion. Mówi coś do mnie, ale go nie słucham. Znam na pamięć każde jego słowo. Gale traktował Peetę, jak rywala. Peeta daje mi teraz szansę na dalsze życie z Gale'em, jeśli takiego chcę. Ale ja nie chcę. Nigdy nie chciałam i nigdy nie zechcę.

Nagle słyszę swój krzyk, gdy zamiast Peety na plaży obok mnie siedzi Gale i uśmiecha się przebiegle.

- Zabiłeś ją! - Wrzeszczę na niego rozdzerając sobie przy tym gardło. Łzy napływają mi do oczu. - Zabiłeś Prim! Jesteś mordercą!

- A twój kochaś?! Nie mów mi, że nigdy nikogo nie zabił! Próbował zabić ciebie!

- On by nigdy tak mnie nie skrzywdził! Nigdy nie zraniłby mnie tak jak ty to zrobiłeś!

Gale podchodzi do mnie, ale wtedy przychodzi ogromna fala i ciągnie go w głąb wody ze sobą. Oddycham z ulgą i zapadam się ponownie w ciemność.

 

***

- Katniss?

Otwieram oczy i odnajduję błękitne rozgorączkowane spojrzenie. Niczym przerażone dziecko wczepiam się w jego ciało. Chcę mu powiedzieć, jak strasznie się czuję, że tak długo go raniłam i że jest jedynym moim światłem w panujących ciemnościach, ale potrafię tylko szlochać i drżeć. Szlochać i płakać, a później drżeć jeszcze mocniej. Nie wiem, czy to z powodu zimna, czy może na wspomnienie wzroku Gale, na swoim ciele, jego zbliżającego się do mnie i wielkiej fali, która pochłania wszystko i zatapia. Fali, która ciągnie mnie za nim, chociaż ja już tego nie czuję. Peeta coś do mnie mówi, ale tak samo jak we śnie, jest to jedynie potok niezrozumiałych dla mnie słów pociechy.

Peeta odrywa mnie od siebie, widocznie jest zaniepokojony, a nawet przerażony. Nie dziwię mu się. Już dawno nie czułam takiego lęku, takiego wszechogarniającego mnie strachu. Ściskam go kurczowo za ręce, ale on zdaje się tego nie zauważać. Patrzy na mnie, a ja zastanawiam się, jak strasznie wyglądam. Jak bardzo jestem załzawiona i blada ze strachu.

- Co się stało? - Pyta mnie Peeta, a ja nie potrafię właściwie ubrać tego w słowa, bo z jednej strony pamiętam każdy szczegół moich koszmarów, a z drugiej nie pamiętam niczego oprócz tego braku kontroli nad wszystkim co się działo i paraliżującego przerażenia. - Katniss? - Pyta ściska mnie za nadgarstki, jakby próbował w ten sposób przejąć nade mną kontrole, przejąć kontrole nad moimi drżącymi dłońmi.

- Widziałam go - mówię nie poznając swojego głosu i zastanawiając się, czy aby na pewno te słowa wypłynęły z moich ust. - Widziałam go.

Nie muszę mu tłumaczyć o kogo chodzi. Zanoszę się kolejnym szlochem na wspomnienie jego wzroku w tłumie dzieci na Dożynkach. Brakuje mi jednak łez i szloch przeradza się w cichy jęk, w końcu w o wiele głośniejszy krzyk. Peeta podnosi się z kanapy i naciąga na siebie sodnie, przyciąga mnie do siebie i pozwala mi po prostu słuchać bicia jego serca. Normalnie ten dźwięk wystarczyłby mi aby się uspokoić, ale tym razem to za mało. Czuję na sobie spojrzenie Gale'a chociaż nie może mnie widzieć.

Jakby tego było mało przypominam sobie swoje własne słowa. Normalnie żyć. Teraz dopiero dociera do mnie, jak bardzo jest niemożliwe i nielogiczne.

- On zabił Prim - szepczę, gdy łzy już przestają cieknąć po moich policzkach. Tym razem mój głos nie drży. - On zabił Prim - powtarzam niczym mantrę. Nagle wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Moja przyjaźń z Gale'em, to, że Peeta jest ze mną. Nawet to, że jestem w ciąży. Wszystko nie ma dla mnie znaczenia, kiedy spoglądam w błękitne tęczówki i mówię: - Zrób z nim  co chcesz, ale to ja go zabiję. Nikt inny nie ma do tego prawa.

Peeta zasysa głośno powietrze.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------

Następny rozdział koło 21.00. 

16:34, moda_pisarka
Link Komentarze (4) »

Przyglądam się Peecie, gdy sięga po kolei do każdej z szafek i wyjmuje po kolei mąkę, jajka, wodę i inne produkty niezbędne do pieczenia i mojej pierwszej (już wiem, że najtrudniejszej) lekcji pieczenia. Siadam przy stole i patrzę, jak podwija rękawy koszuli i zabiera się do pracy. Mieszając składniki i dodając do siebie wciąż mi wszystko objaśnia, dlaczego taka ilość, czemu nie więcej, albo mniej. Nie udaję, naprawdę jest zafascynowaną tym jak wszystko ze sobą łączy. Już po chwili mój noc wypełnia charakterystyczny i intensywny aromat drożdży.

Peeta uśmiecha się, gdy zaczynam zadawać mu pytania, widocznie podoba mu się, że możemy dzielić ze sobą kolejną rzecz. Kiedy zbliża się moment wyrabiania ciasta Peeta proponuje, żebym ja to zrobiła.

- Co? Ale ja nie...

- Nauczę cię i ci pomogę - zapewnia mnie stając za moimi plecami i nakrywając moje dłonie swoimi. Masa ciasta przesuwa się pod naszymi palcami, ale to my nadajemy jej kształt. - Cały szkopuł w tym, żeby robić to odpowiednio mocno, ale też nie za, tak aby się przy tym nie męczyć - wyjaśnia mi Peeta po piętnastu minutach. Mówi o tym, jak trzymać ręce, żeby nacisk na ciasto był jak największy całą powierzchnią dłoni.

A ja go słucham, przynajmniej do momentu, gdy przestaje poruszać moimi dłońmi, a chleb jest już gotowy do włożenia do piekarnika. Mimo to nie odsuwa się ode mnie, nasze dłonie niepewnie się splatają, na dowód, że myślimy o tym samym. Peeta przysuwa się do mnie lekko, tak, że czuję jego pierś naciskającą na moje plecy i jego oddech tuż nad swoim uchem, gdy nachyla się jeszcze trochę by pocałować mnie w kark.

Przyjemne uczucie ciepła, które towarzyszy mi zawsze, gdy on jest przy mnie powraca do mnie niczym bumerang. Uśmiecham się, gdy ponownie całuje mnie w to samo miejsce i lekko przy tym łaskocze.

- To głupie, ale lubię, kiedy to robisz. To takie w twoim stylu - mówię powstrzymując śmiech.

- W moim stylu? - Dziwi się, ale nie odwraca mnie do siebie przodem, ani nie przerywa pieszczoty. Myślę o jego ustach na mojej skórze w najwrażliwszym miejscu na moim ciele, zastanawiam się, czy wie jaką ma nade mną przewagę.

- Tak, jakby wykorzystujesz mój słaby punkt - dodaję. - Mam łaskotki.

- Naprawdę?! - Teraz i w jego tonie głosu słyszę śmiech. - Masz łaskotki w takim miejscu? Na szyi?

- Tak cię to bawi?

- Odrobinkę.

Mimo wszystko znów całuje mnie w szyję, tym razem dłużej i jak się okazuje jeszcze przyjemniej, gdy jego zimne wargi stykają się z moją gorącą skórą.

- Ale chodziło mi też oto - zaczynam powoli - że w twoim stylu są takie małe gesty, drobne, które sprawiają, że ludzie nie potrafią ci się oprzeć.

Peeta przestaje mnie całować i zastanawiam się o czym myśli, czy może go zraniłam. Odwracam się powoli w jego ramionach tak, że naprzeciwko oczu mam jego wargi. Zastanawiam się kiedy jeszcze tak bardzo urósł, szybko jednak zapominam by myśleć o czymkolwiek, co nie ma w tej chwili znaczenia.

- O czym myślisz? - Pytam go musząc wspiąć się na palce i przy okazji wycierając dłonie o koszulkę.

Peeta wygląda na zamyślonego, nie na złego, czy smutnego. Co najwyżej na niepewnego.

- Zastanawiam się, czego ode mnie wymagasz - mówi cicho. - I czego ja sam od siebie wymagam. Kiedyś nie uwierzyłbym, że uda mi się ciebie pocałować, teraz robię to masę razy w ciągu dnia. I każda chwila z tobą spędzona to dla mnie szczęście...

Wspinam się jeszcze odrobinę na palce tak by móc spojrzeć mu prosto w oczy.

- ...ale nie wiem, co powinienem zrobić, gdy tak na mnie patrzysz, a ja sam nie do końca jestem pewien, czego chcę.

Posyłam mu blady uśmiech.

- Zawsze wiesz, czego chcę. To, tak jakby twoje dożywotnie zajęcie zgadywać moje pragnienia.

Teraz i on się uśmiecha pochylając się ze swoimi wargami do moich.

- Dożywotnie?

- Albo aż się nie zwolnisz.

- Ta praca mi odpowiada. Niezłe wynagrodzenie i miła atmosfera, same plusy jeśli nie liczyć czasami problemów z szefową - dodaje.

- Jakie problemy z szefową?

- Rozprasza mnie, gdy pracuję.

Wtedy to do mnie dociera, gdy jego uśmiech spoczywa na moich wargach i wreszcie mogę spróbować jak smakuje szczęście kogoś kogo się kocha, zaczyna do mnie docierać, to nie dające mi spokoju od dłuższego czasu pragnienie. Jestem nienasycona Peetą i nie wiem, czy kiedykolwiek będę. Łaknę wszystkiego, co z nim związane. Dlatego, gdy nie zważając na mokę rozsypaną na stole sadza mnie na blacie, a sam otacza moją twarz swoimi klejącymi się od ciasta dłońmi nie jestem w stanie myśleć o tym, co w takiej chwili jest nie na miejscu. Czy powinnam go tak prowokować, zachowywać się tak będąc w ciąży? Szybko zwalam winę za to na buzujące we mnie hormony i gdy Peeta próbuje się ode mnie oderwać, przytrzymuję go oplatając swoje nogi wokół jego bioder. Gdy się oddala musi zabrać mnie ze sobą.

- Nie odchodź - proszę z ustami, przy jego ustach i naszymi spojrzeniami wbitymi w siebie. - Nie kończ tego, czego jeszcze nie zacząłeś - proszę.

- Ale...

- Proszę - powtarzam ocierając się ustami o jego policzek.

W końcu zaciska dłonie na moich plecach, a ja zarzucam mu dłonie na szyję, gdy ciągnie niesie mnie wczepioną w niego w stronę kanapy. Czuję ciepło ognia z kominka i zdaję sobie sprawę, że to jedyne źródło światła w domu podczas tej cichej, letniej nocy. Nie potrafię, jednak dostrzec walorów tego wszystkiego. Mój rozum chce Peety, moje serce i ciało. Ja cała po prostu chcę z nim być.

Jest wspaniały, gdy mnie do siebie tuli, albo gdy całuje nie tylko moje usta, twarz, ramiona i piersi, ale też brzuch, jakby nie miało dla niego znaczenia, czy podbam się sama sobie. Przyglądam się jego umięśnionym ramionom i brzuchowi. Cały wydaje mi się niesamowicie muskularny, nie jak chłopiec z piekarni, ale jak ktoś, kto kiedyś nim był i na skutek wydarzeń ostatnich lat zmienił się w dojrzałego i opeikuńczego mężczyznę. Palcami przeczesuję jego włosy, gdy on tak samo jak ja tłumi jęk wydobywający się z naszych ust. Jakby chcąc powstrzymać kolejny całuje mnie mocno, wpijając się w moje usta. Skubie moją wargę doprowadzając mnie tym niemal do obłędu i szlaeństwa. Nie pozostaję mu dłużna śledząc szlak jego mięśni swoimi ustami i chcąc mu się zrewanżować, za każdą chwilę rozkoszy, jaką kiedykolwiek mi dał. Gdy odrywa ode mnie swoje wargi i zmusza mnie bym zrobiła to samo bierze moją twarz w dłonie i skałda pocałunek na moim czole.

- Kocham cię, wiesz o tym, co?

- Nigdy nie zapomnę - odpowiadam.

Tej nocy śpimy na kanapie, a ja staram się nie uśmiechać się do samej siebei w ciemności. Tyle, że nie potrafię. Nie potrafię wytłumaczyć tego ciepłego uczucia w moim ciele i na nim, spokoju, jaki czuję, gdy patrzę na twarz Peety, na której tańczą płomienie dogasającego w kominku ognia. Porusza się i otwiera oczy dłonią obejmując mnie w tali. Pochylam się do niego i z uśmiechem mówię:

- Kocham ciebie i to, co czuję, gdy mogę spać przy tobie i niczego nie muszę się obawiać i wstydzić.

Przyciąga mnie lekko do siebie.

- Kocham w tobie wszystko i dziękuję za to, że zawsze mogę być sobą.

- Zawsze - powtarza po mnie niczym mantrę muskając medalion zwisający na mojej szyi i spoczywający w zagłębieniu między moimi piersiami. - Zawsze razem. Nigdy osobno.

- Kto ci tak powiedział? - Dziwię się.

- Haymitch, przed wejściem na naszą pierwszą arenę. Już wtedy wiedziałem, że jeśli chcę przeżyć, albo pomóc w tym tobie, to nie wolno nam się rozdzielać.

- Dobrze wiedzieć - mówię ponownie układając się w jego ramionach do snu.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------

Nieco spóźniony, ale jest. Kolejny o 17.00. :)  

14:20, moda_pisarka
Link Komentarze (2) »

Snuję się korytarzem nie będąc do końca świadomą swojego bezcelowego chodzenia. Do pewnego momentu myślałam, że wciąż siedzę, ale to się zmieniło, gdy deska podłogowa pod moimi nogami zaskrzypiała.

Peeta stoi oparty o ścinę i przygląda mi się niepewnie. Od czasu do czasu mieżwi dłonią swoje włosy, u niego jest to oznaka zdenerwowania, z której sam chyba jeszcze nie do końca zdaje sobie sprawę. Podnosi na mnie wzrok, gdy zatrzymuję się w miejscu.

- Musimy żyć normalnie - mówię i muszę włożyć w te słowa całą swoją siłę, żeby nie zacząć krzyczeć. - Nie możemy wciąż zachowywać się, jakby już nas znlazł.

- Chcesz mi powiedzieć, że cię to w ogóle nie rusza? Gale wysadził w powietrze kilkaset Kapitoliańskich dzieci w tym... Wysadził w powietrze twój dom, był gotów skrzywdzić cię własnoręcznie, nasłał na ciebie bandę...

- Dobrze, wiem o tym, nie zapomniałam. Ale o wiele bardziej będzie się to wszystko ciągnąć, jeśli damy mu po sobie poznać, że się go spodziewamy, albo wiemy, co planuje. Mamy szansę pozbyć się go raz na zawsze, jeśli tylko będziemy udawać, że normalnie żyjemy. Wystarczy tylko tyle.

- Chcesz go zwabić? Praktycznie rzecz biorąc wystawisz się na przynętę.

- Wcale nie - zaprzeczam. - Będziemy po prostu udawać, że niczego nie zauważamy. Kiedy tylko Gale się zbliży złapiemy go.

- Będziemy potrzebować pomocy - zauważa Peeta.

- Haymitch i ludzie z azylu nam pomogą.

Peeta patrzy na mnie wciąż niepewnie, jakbym była chodzącą bombą zegarować, która w każdej chwili może wybuchnąć. Gdy rozgląda się wokół mam wrażenie, jakby wzrokiem szukał tylko Gale'a. Wreszcie zwilża wargi językiem i podchodzi do mnie z ramionami skrzyżowanymi na piersi.

- Dobrze. Ale jeśli ty wystawiasz się na niebezpieczeństwo, to przynajmniej pozwól mi to zakończyć.

Teraz to ja patrzę na niego marszcząc brwi.

- Jak chcesz to zakończyć?

Peeta nie odpowiada, a mi przypominają się jego słowa, które tak bardzo zapadły mi w pamięć. Zabić. Pozbyć się na zawsze. I już rozumiem. Musi się to malować na mojej twarzy, bo Peeta od razu pochmurnieje i jeszcze bardziej wygląda na niepewnego.

- To jedyny sposób, Katniss. Nie patrz na mnie i nie osądzaj mnie...

- Spokojnie - przerywam mu, chociaż sama muszę walczyć o zachowanie tego spokoju. - Kiedy dowiedziałam się, że Gale wyjechał żałowałam, że go nie zabiłam. Powinnam była, za to co zrobił Prim. Już wtedy winnam byłam po zakończyć.

Peeta przyciąga mnie do siebie, a ja kładę głowę na jego piersi i słucham rytmicznych uderzeń jego serca. Głaszcze mnie po włosach, jakbym nie była nikim więcej niż małą dziewczynką i potrzebowała opieki przez cały czas.

- Włos ci z głowy nie spadnie - słyszę jego słowa w swoim uchu. - Obiecuję.

Jeszcze tego samego dnia wracamy do naszego azylu. Johanna nie daje po sobie poznać żadnych emocji, zachowuje spokój na swojej masce nawet wtedy, gdy mówimy jej o swoim planie, w jej oczach widzę, jednak niepewność i dociera do mnie, że spokój na jej twarzy to tylko maska.

Dziś wieczorem Peeta i ja siedzimy na schodach przed naszym domem i patrzymy jak słońce chowa się za horyzont barwiąc jezioro tysiącami odcieni żółci i pomarańczy. Widok jest powalający. Delikatnie wsuwam dłoń w dłoń Peety nie chcąc zmuszać go do oderwania wzroku od tego wspaniałego spektaklu gry światła. Mimo moich starań, jednak odwraca twarz w moją stronę. Wygląda na zmęczonego, teraz dopiero zauważam worki pod jego oczami i niewielkie zmarszczyki w kącikach oczu, zapewne od zbyt częstego mrużenia ich.

Posyła mi blady uśmiech, którego nie mogę nie odwzajemnić.

- Myślisz czasem, co wydarzy się za dziesięć lat? - Pyta mnie.

- Raczej zastanawiam się, co wydarzy się jutro, albo następnego dnia. Rzadko wybiegam aż tak w przyszłość.

Peeta milknie na chwilę, dopiero wypuściwszy powietrze znów podejmuje przerwaną rozmowę:

- Kiedyś sądziłem, że będę prowadził interes ojca, może pozwoli mi to robić całkiem samemu, a może powie, że teraz to on będzie pomagał mnie. Gdybym matka mnie teraz zobaczyła zaczęłaby wyrywać sobie włosy z głowy.

Śmieję się krótko, tak samo jak on. Oboje spoglądamy sobie w oczy.

- Ale nie dbałbym o to, co mówi. To moje życie i szasna na to by przeżyć tak, jak chcę.

- Tęsknisz za nimi - to nie pytanie, ale Peeta i tak odpowiada:

- Tak, w taki dziwny sposób, jakby zabrakło głównego filaru w moim życiu, jakby cała moja pewność siebie i postępowania nagle gdzieś wyparowała, bo nie ma mi kto powiedzieć, że postępuję źle.

Mocniej ściskam jego palce chąc przybliżyć do siebie jego ciepło, chcąc napawać się jeszcze większą jego ilością. I wtedy przypominam sobie o piekarni w 12 i szyldzie nad drzwiami...

- Jeśli kiedyś wrócimy do 12 będziesz musiał zamontować nowy szyld - posyłam mu niepewny uśmiech.

- Nie chcę zmuszać dziecka do fachu, który może mu się nie podobać. Niech samo zdecyduje, co będzie chciało robić.

Jego słowa zaskakują mnie. Nie jest to, coś czego bym się spodziewała. Prim szła w ślady matki jeśli chodzi o leczenie ludzi, ja szłam w ślady ojca, który nauczył mnie polować, a Peeta zawsze był synem piekarza, który piekł, jak mu kazano. A teraz on mówi, że nie zamierza ciągnąć przekazywania zawodu z rodzica na dziecko, bo chce dać wolność, na którą zasługuje.

Pochylam się i całuję go. Delikatnie, niemal przelotnie, ale jednak. Odwzajemnia pocałunek, ale gdy się odsuwam nei powstrzymuje mnie.

- To może mnie nauczysz coś piec? - Proponuję.

Peeta uśmiecha się.

- To będzie długa noc.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------

Następny rozdział koło 14.00.

 

08:50, moda_pisarka
Link Komentarze (3) »
niedziela, 26 stycznia 2014

Budzą mnie hałasy za oknem. Pałac Prezydencki nie znajduje się, aż tak daleko od centrum Kapitolu. Przez otwarte na oścież okno wpada podmuch ciepłego letniego powietrza. Zaczyna się czerwiec. Niechętnie podnoszę się z łożka, żeby zauważyć Peetę stojącego na balkonie z założonymi na piersi rękami. Podchodzę do niego i obejmuję go od tyłu chcąc zachować wspomnienie jego ciepłego ciała z zeszłej nocy. Palcami rysuje okręgi na wierzchu moich dłoni. Wreszcie odwraca się do mnie i ciągnie mnie za sobą na balkon. Jestem boso w rozciągniętej piżamie, ale jemu to nie przeszkadza. Gdy mnie całuje świat wokół zaczyna wirować tysiącami barw, a ja czuję się, jakbym za chwilę miała opaść bezwładnie w jego ramiona.

Dopiero ciche pukanie do drzwi przywraca nas do rzeczywistości. Peeta odrywa się ode mnie i patrzymy jak mężczyzna stawia na stole śniadanie dla nas. Patrzymy, jak w ciszy wychodzi, drzwi za nim cicho się zamykają. Peeta zaśmiał się cicho.

- Tylko ja cieszę się jak głupi, gdy rano mogę obudzić się z kimś w łóżku? - Spytał patrząc za mężczyzną.

- Z kimś? - Dopytuję ciekawa.

- Z kobietą mojego życia - dodał.

- Ta wersja bardziej mi się podoba.

Nie protestuję, gdy Peeta ciągnie mnie za sobą na łóżko, lekko na nim kładzie, a sam unosi się nade mną na łokciach z wargami przyciśniętymi do moich warg. Jego dłoni zaczynają błądzić wolno po moim ciele, jakby nie chciał przegapić żadnego szczegółu, czy zmiany. Podoba mi się jego lekki i jednocześnie zaborczy dotyk. Dłonie przyciskam do jego piersi, a następnie zsuwam na umięśniony brzuch i ramiona. On łapie mnie na szyję i nagląco do siebie przyciąga, żeby jeszcze pogłębić pocałunek.

Patrzę na niego świecącymi oczami, a Peeta przebiga opuszkami po moich policzkach. Rumienię się, chociaż nie mam pojęcia dlaczego dokładnie.

- Jesteś piękna - mówi.

- I gruba - dodaję.

- Nie żartuj - śmieje się.

- Nie sądzę, żeby to było zabawne. Kiedyś wszystko bym dała, żeby mieć tyle jedzenia by być taką grubą.

- Jedzenie nie było tym, czego potrzebowałaś do tego.

Milknę na chwilę i wpatruję się w niego. Czy to naprawdę chłopiec z piekarni? Chłopiec, z którym chodziłam do szkoły? Tym razem to ja przebigam palcami po jego twarzy, jakbym chciała zbadać, czy te rysy wciąż należą do tamtego dziecka.

- Nigdy bym się nie spodziewała, że taka będzie moja przyszłość. Że spędzę ją z tobą. To najlepsze, co mogło mi się przytrafić.

Peeta uśmiecha się i pomaga mi wstać. Po śniadaniu znajdujemy Johannę, gdyż wcześniej poinformowano nas, że chce się ona z nami spotkać. Jest w swoim głównym gabinecie. W niczym nie różni się od tamtej Johanny z areny Ćwierćwiecza, czy 13 Dystryktu. To wciąż ta sama, lekko niezrównoważona w czynach i słowach, a także lekko zagubiona dziewczyna, w wygodnych spodniach i bluzce, a nie sukni.

Johanna pochyla się nad czymś. Dostrzegając nas każe zamknąć nam drzwi, a następnie wskazuje, żebyśmy przy niej usiedli. Siadamy, a ona włącza telewizor i puszcza nagranie. Dostrzegam Strażników Pokoju uprzątających ulice i naprawiających domy, tym razem usterki nie są tak dotkliwe jak po rewolucji, więc nie wygląda to, aż tak strasznie. Straty leżą w ludziach. W zabitych dzieciach i Zwycięzcach, a także zbuntowanej ludności Kapitolu. Patrzę na Peetę i oboje dostrzegamy napis w kącie ekranu. Dystrykt 12.

Dom. Dom. Dom.

Tylko to jedno słowo plącze się teraz w mojej głowie. Tylko o tym, jednym słowie potrafię myśleć, ale jest coś jeszcze. Teraz jako domu nie pojmuję tylko budynku w Wiosce Zwycięzców, albo mojego starego domu na Złożysku, który teraz należy już do całkiem innych ludzi. Słowo "dom" odnosi się teraz również do drewnianego domku nad jeziorem z daleka od całego tego zamieszania. Wracam myślami do ciepłego, przytulnego wnętrza, w którym teraz pragne się znaleźć najbardziej na świecie.

Peeta znów odgaduje moje myśli, bo splata moje palce ze swoimi. Oboje spoglądamy na Johannę.

- Możecie wrócić - mówi. - Wszyscy mogą wrócić. Wolne domy w Wiosce Zwycięzców postanowiłam udostępnić biedniejszym rodzinom przypisując im je na własność. To się tyczy 12 i pozostałych Dystryktów.

Peeta zwilża wargi językiem.

- A co z nazym azylem...

- Postanowiłam - zaczyna Johanna, a wyraz jej twarzy każe mi sądzić, że czekała na to pytanie już dość długo - stworzyć z tego terenu 14 Dystrykt. Wysłałam już tam sporą ilość moich ludzi, którzy zajmą się niewielką zmianą tamtego miejsca. Dobudują kilka domów i może jakieś budynki publiczne i Pałac Sprawiedliwości. No i pozostaje kwestia torów, które zamierzam tamtędy poprowadzić.

Czuję ucisk w piersi. Patrzę na Johannę i próbuję się zorientować, o co chodzi. Próbuję odnaleźć na jej twarzy wyraz dzikiej sadysfakcji. I wreszcie to pojmuję.

- Możemy tam zostać? - Pytam.

- Dzieli was niecała godzina drogi jazdy pociągiem od 12 Dystryktu. Nie oszukujmy się. Poza tym jeszcze Peeta całkowicie zniósł zakaz przemiszczania się między Dystrktami bez pozwolenia.

Spoglądam na Peetę.

- Nie powiedziałeś mi?

- Zapomniałem.

- Ale... - nagle głos Johanny nieco poważnieje. Słyszę zmianę, jaka w nim zachodzi. Żołądek zawija mi się w supeł, gdy słucham jej kolejnych słów: - Kazałam przeliczyć liczbę ofiar we wszystkich Dystryktach oraz liczbę ocalałych i więźniów. W Dsytrykcie 8 brakuje znacznej ilości, z której jedynie siedmiu przyszło nam spotkać w 12, gdy uciekaliśmy.

Mój mózg nie nadanża za jej słowami. Serce już rozumie, ale rozum stara się to oddalić, żeby powstrzymać narastający we mnie strach.

Peeta otrząsa się jako pierwszy.

- Ilu więźniów brakuje?

- Piętnastu. W tym...

- W tym Gale - kończę za nią ze ściśniętym gardłem.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------

Następny rozdział dopiero jutro kochani :) Zapraszam o 9.00. :)

16:13, moda_pisarka
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9