...po powrocie do 12 Dystryktu... Jak poskładać życie z niewielkich kawałków?
Dodatki na bloga
RSS
poniedziałek, 10 lutego 2014

Johanna siedzi naprzeciwko mnie. Dostrzegam ukośne spojrzenia, jakie mi posyła, dłonie starannie złożyła na blacie niewielkiego stołu. Zdaję sobię sprawę, że jesteśmy podsłuchiwane i obserwowane. Ale nie dbam oto. Zaczynam sądzić, że nie dbam już o nic. Czuję, jakby świat stracił wszystkie swoje barwy.

Podnoszę spojrzenie na nową panią Prezydent.

- Co teraz? - Pytam. - Zostałam aresztowana, co dalej?

- Jeszcze nie zostałaś - poprawia mnie. - Wytoczą ci proces. Sprawiedliwy, zadbam o to. Poza tym... Nie trafisz do więzienia.

- Oczywiście, że trafię. Zabiłam człowieka, jakby spojrzeć nieco wstecz zabiłam więcej niż jednego.

Johanna prycha śmiechem.

- A ja to niby co, Katniss? Myślisz, że ty jedna wiesz, co to znaczy zabić kogoś?

Płoszę się. Wiem, że zachowałam się egoistycznie, ale z drugiej strony mam do tego pełne prawo.

- Nie wiesz, jak się czuję - mówię przez zaciśnięte zęby. - Co noc śni mi się Gale. Widzę go, na jawie, we śnie. Czuję ciężar tego, co zrobiłam.

- Wiem.

- Nie, nie wiesz! Zabiłam go! A teraz poniosę tego konsekwencję.

- Katniss, pamiętaj, że to on pierwszy zrobił nieodwracalny krok. To nie był Gale, którego znałaś. Twój przyjaciel zrobiłby wszystko, co w jego rękach, aby zachować Prim przy życiu.

- To nie ma sensu... - mruczę.

- Co? - Dziwi się.

Spoglądam na nią, nasze spojrzenia krzyżują się. Dostrzegam zaskoczenie i zaciekawienie mieszające się ze sobą na jej twarzy. Ja pierwsza spuszczam wzrok.

- Po co chcecie mnie sądzić? I czemu mnie?

- To nie leżało w mojej kwestii - odpowiada z westchnieniem. - Jak się okazało w tym, jednym nie mam nic do powiedzenia. Jedyne, co mi wiadomo to, to, że zostałaś sam na sam z Gale'em, miałaś nóż. I wbiłaś mu go w serce.

- Broniłam się.

- Ja to wiem. I ci wierzę, ale są ludzie, którzy tego nie robią i stąd to całe zamieszanie.

- Wszyscy wiedzą, że chciał mnie skrzywdzić!

- Wszyscy wiedzą też, że był niepoczytalny, Katniss! Gdy Gale trafił do Ósemki szybko załatwiono mu dokument potwierdzający załamanie psychiczne.

- Co?!

Johanna wzrusza ramionami.

- Twierdzą, że Gale nie zrobiłby ci krzywdy. Nie zaatakowałby cię, jeśli sama byś go nie sprowokowała.

- To kłamstwa! Ci ludzie kłamią!

- Wiem - odpowiada twardo Johanna. - Ale nie mogę nic zrobić w sposób o jakim ty myślisz! Muszę postępować rozsądnie. Jeśli nie będę starała się tego konfliktu zażegnać łagodnie, jedyne co uzyskam to kolejny bunt. Ludzie przestaną się mnie słuchać, a to sprawi, że nasza grupa straci wtyczkę w Kapitolu!

Patrzę na Johannę i zastanawiam się, kiedy dobro wszystkich nas: moje, Petty, Annie, Haymitcha, Beetee'ego, zaczęła stawiać ponad swoje. Kiedy stała się naszą liderką i... reprezentantką na Kapitolu. Zapewne w momencie, gdy przyjęła po Peecie pozycję Prezydenta.

Nieoczekiwanie Johanna przesuwa swoją dłoń po stole i mocno ściska moje palce.

- Jestem z tobą. Wszyscy jesteśmy. I przejdziemy przez to. Ale... Musisz mi zaufać, zdać się na mnie i przede wszystkim pozwolić mi działać wedle mojego uznania. Niczego na mnie nie wywrzesz, Katniss. Nie mogę ci na to pozwolić, jeśli dalej mam być niugiętą i stanowczą w swoich rządach.

- Wiem - mówię cicho. - Wiem, że próbujesz mi pomóc, ale ja po prostu... nie wiem czy sobie poradzę - głos mi się łamię i na chwilę muszę przymknąć oczy, żeby powstrzymać łzy. W ciemności widzę śliczną twarzyczkę Lizzie, jej drobne rączki wyciągnięte w moją stronę.

Otwieram oczy. Johanna wciąż tu jest.

- Dzięki - szepczę, a ona uśmiecha się blado.

- No co ty, ciemna maso?! Nie załamuj się. To Kapitol. Wszystko jest w cenie dopóki ludziom się podoba. To wciąż gra. Gdy się znudzą jestem pewna, że tłum sam każe cię uwolnić.

Powtarzam sobie słowa Johanny. To wciąż gra. To wciąż gra.

Johanna chwyta mnie za nadgarstki i prowadzi przed sobą do drzwi. Na korytarzu jest widniej i przez chwilę mrużę powieki, gdy wreszcie przyzwyczajam się do światła dostrzegam Peetę. Podbiega do mnie i chwyta mocno w objęcia. Trzęsę się wspinając na palce by oprzeć brodę na jego ramieniu.

- Wszystko dobrze - mówię próbując samej uwierzyć w te słowa. - Nic mi nie jest.

- Wierzę - mówi patrząc na mnie. Chciałabym też go objąć, ale wciąż mam skrępowane dłonie. Nie poruszam się więc. Peeta odchrząkuje. - Lizzie została z twoją mamą, Annie i Nickiem. Zostanę tu jak długo trzeba.

- Wolałabym, żebyś wrócił do niej. Potrzebuje chociaż jednego z nas.

- Nie - odpowiada karygodnie. - Nie zostawię cię. Kocham was obie, a ty mnie teraz potrzebujesz. Nie opuszczę cię.

Przyciąga mnie do siebie w krótkim pocałunku. Zbyt krótkim, jak dla mnie. Boję się, że może mi nie wystarczyć do naszego kolejnego spotkania. Johanna lekko daje mi znać i prowadzi mnie do mojej tymczasowej celi.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------

Nowy rozdział w środę :D 

20:13, moda_pisarka
Link Komentarze (53) »
niedziela, 09 lutego 2014

Miło mi oznajmić, że zostałam nominowana przez Ewę Pałetko na blogu ignis-vitae.blogspot.com do Liebster Blog Award. Za co bardzo dziękuję, bo czuję, że moja praca na blogu została doceniona.

 

Co to właściwie jest LBA?

"Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego bloggera  wramach uznania za 'dobrze wykonaną robotę'. Jest przyznawana też blogom o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwości do ich  rozpowiszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań  otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11  osób (informujesz je o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno  nominować bloga, który Cię nominował."
 
 
Pytania do mnie:
 
1. Wolisz pisać pod publikę, tracąc siebie czy dla siebie, czasem tracąc publikę?
 
Jest to dość trudne pytanie ze względu na fakt, że czasami, aby zjednać sobie czytelników trzeba im się "podporządkować". Jednak ja staram się zaskakiwać swoich czytelników i właśnie dlatego unikam pisania tego, co chcieliby przeczytać. W swoim pisaniu jestem niezależna i nie pozwalam, aby inni zagarnęli to, co przede wszystkim robię z myślą o sobie. Szeroka publika nie jest, bowiem warta utraty samego siebie.
 
2. Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z pisaniem?
 
O, boże... Jak zaczęła się moja przygoda? Chyba pierwszym moim blogiem były dalsze Opowieści z Narnii, romans między Zuzanną i Kaspianem. Tak... :) To był napewno początek, później mały kryminalny blog o Agentach NCIS z kultowego serialu. Ale Opowieści z Narnii to był właśnie początek wszystkiego. :)
 
3. Czy masz jakieś inne pasje?
 
Inne pasje... Uwielbiam czytać i to ta pasja sprawiła, że zaczęłam pisać. Ale jestem też serialo- i filmomaniaczką, oglądam niemal wszystko, co mnie zainteresuje.
 
4. Jakie książki są Twoimi ulubionymi?
 
Lista będzie długa, postaram się, żeby było ich dziesięć, a więc:
1. Trylogia "Igrzysk śmierci" Suzanne Collins
2. Saga "Drżenie" oraz wszystkie pozostałe książki autorstwa Maggie Stiefvater
3. Saga "Żelazny Król" Julie Kagawa
4. Seria: "Dzienniki pisane w drodze" oraz wszystkie inne powieści Paul'a Richard'a Evans'a 
5. "Hrabina. Tragiczna historia Elżbiety Batory" Johns Rebecca
6. "Żona Inkwizytora"Kalogridis Jeanne
7. "Przebudzenie Arkadii" Kai Meyer
8. Trylogia "Wojny Świata Wynurzonego" Licia Troisi
9. Trylogia "Piekielne Maszyny" Cassandry Clare
10. I cały cykl Pretty Little Liars
Fiu, trochę tego jest :D
 
5. Jakie lubisz fimy/seriale.
 
No, to może tak. Najpierw filmy. Uwielbiam: ekranizacje "Igrzysk śmierci" - uważam, że to jedna z najlepszych jakie powstały, "Poradnik pozytywnego myślenia", "American Hustle", "List w butelce", "Czego pragną dziewczyny" - nie było razu, żebym gdy leciał ten film w telewizji nie obejrzała go razem z moim tatą, dalej jeszcze znajdzie się "21 jump street". Ogólnie lubię dużo filmów, ale muszą one mieć pewien smak i wydźwięk, jak książki.
 
Jeśli chodzi o seriale to jest tego, wiele. Kocham "Pamiętniki wampirów", które od lat już oglądam i z przyzwyczajenia nie potrafię przestać :), dalej "Pretty Little Liars" - uważam, że to najlepszy serial jaki kiedykolwiek powstał. Dalej znajdą się: "Ravenswood", "The originals", "Gra o Tron".
 
6. O czym marzysz?
 
Moje marzenia... Na pewno zależy mi na wygraniu konkursu na powieść wydawnictwa Znak, jakoże na sfinalizowanie wydania przeze mnie chociażby jednej z moich 12 powieści nie mam pieniędzy. Wydaje mi się, że to mogą być moje "drzwi" do życia o jakim zawsze marzyłam. Do tego dochodzi jeszcze chęć dostania się na Uniwersytet Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, gdzie chciałabym studiować na kierunku Humanistyki II Generacji. I to chyba tyle...
 
7. Jaką książkową postać lubisz najbardziej?
 
Uwielbiam Peetę, poważnie to moja ulubiona postać z "Igrzysk". Cenię go za to, że potrafił postawić ponad swoje życie dobro Katniss, bo ona posiadała to, o czym on sam zawsze marzył - ludzi, którym na niej zależało. Ogólnie, jeśli chodzi o męskie postacie zarówno w tych młodzieżowych, jak i bardziej dorosłych książkach podoba mi się każda, która reprezentuje swoim zachowaniem pewną czułość i dorosłość, pewność w swoich zachowaniach i dążeniu do celu.
Jeśli zaś chodzi o kobiece postaci, to tak jak Katniss, czy Meghan, albo Grace, kocham każdą z bohaterek, która nie ugina się pod ciężarem życia, brnie do przodu i nawet, jeśli zdarzają jej się ciężkie momenty, to w ostateczności nigdy się nie poddaje.
 
8. Czy wierzysz w magię?
 
Dziwne pytanie... W sumie, to nie. Magia to wytwór, który jest żywy tylko w książkach. W całej tej skomputeryzowanej rzeczywistości jaka nas otacza, chyba nie ma na nią miejsca w życiu.
 
9. Jaki jest twój ulubiony cytat?
 
Mój ulubiony cytat, hmmm.... Cytat pochodzi z książki "Drżenie":
"Cokolwiek to jest poczeka do rana. A jeśli nie, to nie jest tego warte".
 
10. Jaka jest twoja ocena z polskiego?
 
Gdyby chodziło o moja ocenę z gimnazjum pochwaliłabym się szótką. :) Ale to liceum, więc powiem, że mam trzy. Niestety, ale klucz maturalny nie jest sprawiedliwy dla ludzi nadinterpretujących teksty. :D
 
 
A ja nominuję blogi:
 
1. bestseller-s
2. poigrzyskach1
3. metamorphoselife 
4. oczamipeetymellark
5. igrzyskasmierciii
6. katniss-everdeen-and-peeta-mellark
7. nietaklatwozapomniec
8. 100igrzyska
9. lustereczkopowiedzprzecie
10. katnissandpeeta
11. all-over-again-with-b-t-r
 
Pytania ode mnie:
 
1. Czy uważacie, iż czytanie książek wymiera w erze wypełnionej komputerami i telewizją?
2. Czy i wy macie czasem uczucie, że szkoła zabiera Wam możliwość rozwijania swoich pasji ze względu na robienie ze wszystkich uczniów ogółu, a nie podchodzenie do każdej jednostki indywidualnie?
3. Czy wierzycie w szczęśliwe zakończenia w życiu?
4. Czym według Was jest rodzina? Co oznacza to słowo?
5. Czy jest coś takiego, o czym zawsze marzyliście, ale baliście się konsekwencji, jakie z tego wynikną?
6. Czy tworzycie własne teksty?
7. Tworzycie własne? Jeśli tak, to czy kiedykolwiek dopadło Was takie wrażenie, iż natłok pomysłów Was dusi, albo przed snem leżeliście i próbowaliście wyśnić sobie ciąg dalszy opowiadania?
8. Czy zdarzyło Wam się kiedykolwiek postawić dobro innej osoby ponad swoje własne?
9. Czy choć raz w życiu zdarzyło Wam się popełnić błąd, z którego późniejsze konsekwencje, jakie wypłynęły okazały się zaskakująco przyjemne? Taki... błąd na wagę złota?
10. Co takiego daje Wam pisanie, czy to tylko pasja, czy sposób na życie?
11. Jak wyobrażacie sobie swoje życie za 10 lat, myślicie, że dalej będzie prowadzić blogi lub pisać?

:) Jeszcze raz dziękuję za nominację :) 

11:06, moda_pisarka
Link Komentarze (7) »
sobota, 08 lutego 2014

Rozdział jednak wcześniej. Na następny zapraszam w poniedziałek, chyba, że uda mi się wstawić coś jutro. Jakby co będę informować na blogu :D Miłej lekturki :)

 

Siedząc przy stole słyszę Peetę rozmawiającego przez telefon.

- Johanna, tak, tak, wiem... - mówi, a ja żałuję, że nie mogę usłyszeć, o czym mówi Johanna. - Nie, jeszcze z nią nie rozmawiałem... Wiem, co to oznacza... Nie, nie chcę, żeby ktoś to zrobił za mnie. Nie! Poradzę sobie. Dam radę.

Mówi coś jeszcze, ale nie mogę tego dosłyszeć. Wstaję i skradam się na palcach. Wyglądam zza ściany. Peeta przeczesuje ręką swoje jasne włosy - to nerwowy gest, znam go dobrze. Słyszę jak żegna się z Johanną i odkałda słuchawkę. Dostrzega moje spojrzenie i wypuszcza powietrze.

- Co się dzieje? - Pytam.

- Nic, to tylko... Johanna chciała się mnie o coś poradzić.

- Rozmawialiście o mnie? Słyszałam - głos mam stanowczy, ale mimo wszystko wychwytuje w nim drżenie. Podchodzi do mnie.

Chwilę się waha, a ja już wiem, że to co chce przede mną ukryć nie spodoba mi się. Z wyrazu jego twarzy dociera do mnie, że moje obawy zaczynają się spełniać. Nie zapomnieli o mnie, nie zapomnieli o tym, co zrobiłam.

Peeta wzdycha.

- Johanna chciała się poradzić w pewnej kwestii.

- Jakiej kwestii?

- W kwestii... - milknie.

- Mów! - Ponaglam go.

- Chodzi o Gale'a. O to, że nie żyje i o to, że...

- To ja go zabiłam - kończę za niego. - Co powiedziała?

W tej chwili do moich uszu dociera na raz walenie do drzwi, głośne, natarczywe i płacz Lizzie. Spoglądam na Peetę i wchodzę po schodach na górę. Biorę w ramiona swoją kruszynkę i wracam na dół, gdzie Peeta zdążył już otworzyć drzwi.

W pomieszczeniu stoi mężczyzna, na piersi ma wygrawerowane godło Kapitolu. Dociera do mnie co się dzieje, ale mogę myśleć tylko o płaczącej Lizzie, którą kołyszę na rękach. Mężczyzna kieruje na mnie swoje spojrzenie.

- Pani Mellark?

Skinam głową, choć to niekonieczne, rozpoznaje mnie. Doskonale wie, że ja to ja. Peeta spogląda na mnie z poczuciem winy i żalem w oczach. Tak, jak ja wie, że walka jest bezcelowa. Przypominam sobie, jak zaledwie kilka miesięcy temu staliśmy niemal w tej samej pozycji, gdy z Kapitolu przyjechali ludzie, by zabrać ode mnie Peetę. Tym razem, jednak jest o wiele gorzej i nie chodzi tu o Peetę.

Zdając sobie sprawę z tego, co się dzieje podaję mu Lizzie, która jeszcze głośniej zaczyna przy tym płakać, nawet ona wyczuwa nerwową atmosferę, jakby wiedziała co za chwilę się wydarzy.

I co Gale? - Mówię w myślach, zupełnie, jakby martwy mógł mnie usłyszeć. - Prześladujesz mnie, nawet, gdy już cię nie ma.

Ale wiem, że to, dlaczego tu są ma związek ze mną. Przede wszystkim. To był mój błąd. Mój impuls i teraz, ja będę ponosić jego konsekwencję.

Mężczyzna z godłem Kapitolu wychodzi na przód przed dwóch mu podobnych i staje przede mną.

- Z rozkazu, pani Prezydent, mam za zadanie przewieźć panią do Kapitolu - mówi.

- Po co? - Pytam, chociaż doskonale to wiem.

- Na proces. Do tego czasu jest pani aresztowana. Zostały pani postawione zarzuty za zabójstwo Gale'a Hawthorne'a. Ma pani prawo zachować milczenie.

Czuję, jak wokół moich nadgarstków zaciśniają się bransolety reagujące na chociażby najmniejszy mój ruch, z każdym takowym zaciskają się coraz mocniej. Szybko tracę czucie w koniuszkach palców.

Spoglądam na Peetę, gdy mężczyzna pcha mnie przed sobą w kierunku drzwi.

- Johanna...

- Pomoże ci. Wszystko będzie dobrze. Przyjadę, jak tylko twoja mama przyjdzie do małej.

Absurdalne łzy frustracji i strachu cisną mi się pod powieki. Wbijam w niego rozpaczliwe spojrzenie, Lizzie porusza się w jego ramionach płacząc coraz głośniej i głośniej.

- Musi jeść, co trzy godziny. Mama napewno znajdzie, dla niej jakieś mleko w proszku, albo może...

- Katniss, nic się nie stanie. Niedługo wrócisz.

- Nie wychodź z nią bez czapki, ubieraj ją grubo i...

- Katniss...

- Przepraszam - szepczę, gdy jestem wypychana na zewnątrz. Peeta zostaje za mną, a ja idę w kierunku poduszkowca prowadzona przez tych mężczyzn. Spodziewałam się tego od początku, a przecież udawałam, że to tylko głupie i nieuzasadnione obawy. Teraz już wiem, że jednak takie nie były.

Jestem aresztowana, bo zabiłam Gale'a. W obronie własnej, czy nie. Zrobiłam to.  

13:48, moda_pisarka
Link Komentarze (8) »
czwartek, 06 lutego 2014

Mijają dni, tygdonie i względny spokój na powrót wkracza do mojego życia. Nie czuję już ciągłego strachu, chociaż wiem, że powinien mi towarzyszyć. Peeta męczony przeze mnie zapewnieniami, że sama poradzę sobie z Lizzie wraca wreszcie do piekarni. Pomału przyzwyczajam się do budzenia się o świcie samotnie w łóżku, podczas, gyd on wychodzi do pracy. Nie, nie jestem całkiem samotna. Lizzie po tym, jak niemal co noc zaczęła budzić się z głośnym płaczem zaczęła sypiać z nami i dzisiejszego ranka budzą mnie jej drobne paluszki wodzące po mojej twarzy niczym najdelikatniejsza pajęczynka skąpana w kroplach porannej rosy, odbijająca pierwsze promienie wschodzącego słońca.

Jej twarzyczka jest tak maleńka mimo płynącego czasu, że wciąż gdy biorę ją w swoje dłonie, mieści się w nich. Unosząc się na łokciach wpatruję się z uśmiechem w jej szeroko otwarte jasne oczy i nie potrafię przestać napawać się jej urodą. Tak, jak sądziłam, że synek Annie jest najpiękniejszym dzieckiem na świecie, tak teraz dociera do mnie, że nie ma na Ziemi piękniejszego niemowlęcia od mojej Lizzie.

Jej bezzębne usta rozszerzają się nieco w niemej prośbie o jedzenie. Biorę ją w ramiona wciąż wpatrując się w nią niczym urzeczona. Kiedy powoli ssie moją pierś obejmując przy tym swoimi niewielkimi ustami dość duży fragment mojej skóry, zastanawiam się, czy to, co w tej chwili czuję to właśnie duma. Czy tak właśnie czuje się każda matka, która we własnym dziecku dostrzega szansę i nadzieję, możliwość uwolnienia się od dawnych błędów?

Całe dnie spędzam na zajmowaniu się Lizzie i w każdym calu sprawia mi to przyjemność. Możliwość poznania jej, podziwiania jak zmienia się i z dnia na dzień uczy się nowych rzeczy. Na przykład zaciska i rozkurcza piąstki przyglądając się swoim dłoniom paluszkom.

Peeta wraca zazwyczaj przed zachodem słońca, wciąż nie podoba mu się pomysł zostawienia nas na więcej niż kilka godzin, a tym bardziej nie podoba mu się opuszczanie nas, gdy zapada zmrok. W głębi duszy wiem, że i on czuje pewną nerwową atmosferę i czegoś oczekuje. Zupełnie, jakby nie wierzył w tak długi spokój. Nigdy nie może, bowiem zbyt długo być dobrze. Kiedy spokój zapada na większą ilość czasu, należy sądzić, że już wtedy dzieje się coś nie tak.

Kiedy pewnego wieczora Peeta wraca do domu jest już połowa października - a liście na drzewach zdążyły zmienić barwę na złotą i czerwoną, Lizzie już smacznie śpi po całym dniu nowych odkryć, gdy wsłuchiwała się w mój głos. Gdy Peeta siada na przeciwko mnie przy stole w kuchni i zadaje pytanie o to, co dzisiaj robiłyśmy i co go ominęło wyjawiam mu:

- Śpiewałam Lizzie.

- I?

Na chwilę zapada cisza podczas, której zwilżam usta językiem.

- Chyba lubi, kiedy jej śpiewam. Patrzyła się na mnie z zaciekawieniem i słuchała przez cały czas, jakby naprawdę sprawiało jej to przyjemność.

- Może sprawiało. To znaczy... - milknie, gdy dociera do niego, jak musiało to zabrzmieć. Wreszcie podnosi na mnie swoje spojrzenie. - Na pewno jej się podobał twój głos.

- Chyba bardziej podobało jej się, że przez pół dnia poruszałam ustami, o tak - demonstruję przesadnie szeroko otwierając, to zamykając usta.

 Oboje z Peetą po chwili zaczynamy się śmiać, a ja przypominam sobie, że ostatnio żadko żartujemy z czegokolwiek. On chyba dochodzi do takich samych wniosków, bo gdy przestaje już się śmiać wygląda na lekko skołowanego.

Spoglądam na niego spod kosmyków opadających mi na oczy.

- Coś nie tak? - Pytam.

- Nie - kłamie. Wiem to, słyszę. A on wie, że ja to zauważam.

- Chodzi o mnie? Wiem, że ostatnio niewiele ze soba rozmawiamy i wiem, że o czymś usilnie rozmyślasz. Chodzi o Lizzie? Ostatnio mało mi mówisz.

- Ty mi też.

- Nie mam czego. Niczego nie ukrywam i nie wiem co więcej mam czuć. Lizzie... pochłania cały mój świat.

- Teraz to ty kłamiesz.

Wydaje mi się, że minęły wieki odkąd ostatni raz patrzył na mnie spod opuszczonych rzęsc, jakbym była niesfornym dzieckiem, a może tą danwą Katniss Everdeen, która była pełna impulsywności i często zbyt dużej żywiołowości.

- Chciałabym zacząć polować. Przynajniej... chodzić do lasu i zastawiać pułapki, cyz sidła. Potrzebuję jakiegoś aktywnego zajęcia - wyjawiam wreszcie.

Peeta skina głową.

- Rozmawiałem z twoją mamą, czy mogłaby od czasu do czasu zająć się małą.

- Dziękuję. Nie wiesz nawet, jak bardzo się cieszę, że myślisz za mnie - kładę dłoń na jego dłoni. Jest wciąż ciepła od pieczenia chleba. Peeta ściska ją i unosi nasze splecione palce do swoich ust. Jego wargi są wilgotne, a ich dotyk wzbudza we mnie falę przyjemnego dreszczu i ciepła.

Gdy się odzywa głos ma poważny i uważnie lustruje moją twarz:

- Wciąż cię kocham. Mówiłem, że nigdy nie przestanę.

Marszcze brwi.

- Pamiętam.

- Więc przestań udawać i powiedz mi o czym takim myślisz, co sprawia, że boisz się jak na to zareaguję.

Swoim milczeniem jedynie potwierdzam jego przypuszczenia. Wydaje mi się, że oboje dokładnie w tej samej chwili wracamy wspomnieniami do moich koszmarów i tamtych chwil w podziemiach więzienia 8 Dystryktu.

Jakby na potwierdzenie moich złych przeczuć słyszę dzwoniący telefon. Peeta podnosi się, żeby odebrać i aby dźwięk nie obudził Lizzie. Ja sama mogę jedynie siedzieć i podsłuchiwać rozmowę, która już wtedy powinna wzbudzić moje wątpliwości i złe przeczucia.

----------------------------------------------------------------------------------------------------

Nowy rozdział już w sobotę. :) Pozdrawiam Was kochani i mam nadzieję, że Wam się spodobało :D

18:25, moda_pisarka
Link Komentarze (9) »
niedziela, 02 lutego 2014

Rozdział nieco wcześniej, ale nie spodziewajcie się już dzisiaj kolejnego. Z góry też ogłaszam, że kolejny ukaże się dopiero w czwartek i nie przewiduję, żadnych wcześniejszych, za co z góry przepraszam. Tymaczem zapraszam do lektury.

 

Wiem, że nigdy nie zapomnę żadnego dnia z życia Lizzie. Ale najbardziej zapada mi w pamięć dzień, gdy razem z Peetą i naszą córeczką wracamy do domu. Odkładam małą śpiącą do łóżeczka i opatulam kocykiem. Siadam na łóżku i wpatruję się w jej twarz pomiędzy szczebelkami. Wygląda tak spokojnie, tak niewinnie i bezbronnie. Zakochuję się w niej coraz mocniej i wiem, że ta miłość nie zostanie zniszczona przez nic. Ona jedyna jest wieczna.

Słyszę skrzypienie desek na schodach. Wiem, że to Peeta. Gdy przysiada obok mnie jego spojrzenie całkowicie skupia się na Lizzie. Nie potrafię do końca tego sprecyzować, ale chyba nigdy jeszcze nie widziałam go równie dumnego. Cieszę się, że i on jest szczęśliwy jednocześnie próbuję nie gapić się na niego, jakby był okazem wymierającego gatunku. On mimo wszystko wyczuwa moje spojrzenie na nim i odwaraca się do mnie.

- Coś nie tak? - Pyta.

- Nie - odpowiadam szybko kręcąc głową. - Tak tylko zamyśliłam się.

- A o czym myślałaś?

Waham się tylko przez chwilę.

- O tobie i o Lizzie. Jesteście do siebie bardzo podobni.

- Bardziej przypomina mi ciebie - odparowuje uśmiechając się samymi oczami. Wyciąga ramię w moją stronę i w mig mnie obejmuje. Jego broda spoczywa na mojej głowie, a moja twarz wtulona jest w jego pierś.

Nachodzi mnie dziwna myśl i nim zdążę ugryźć się w język wypowiadam słowa:

- Chciałabym, żebyś kochał ją tak jak mnie. Żebyś dbał o nią równie mocno, co o mnie i żebyś... był dla niej oparciem wtedy, gdy ja nie będę w stanie.

- O czym ty mówisz? - Dziwi się. Na jego twarzy widzę jasną odpowiedź na to, co przed chwilą powiedziałam, ale widzę też jego niepokój i zaskoczenie. - Katniss?

- Po prostu... wydaje mi się, że to ciebie będzie najbardziej potrzebowała.

- Nie rozumiem.

- Oboje wiemy, kto z nas jest lepszym człowiekiem. Oboje z nas wiemy, kto na to wszystko zasługuje, a które powinno trafić na kolejną arenę...

- Nie ma już aren.

- Wiem, to tylko taka metafora. Chodzi mi o to... - wypuszczam głośno powietrze i spoglądam mu głęboko w oczy. - Lizzie jest twoja, bezwzględnie. I cokolwiek by się stało nikt nie będzie lepszym ojcem od ciebie. Jesteś... to głupio zabrzmi... jesteś stworzony do tego by martwić się o słabszych i właśnie dlatego z nas dwojga ty będziesz lepszym rodzicem.

Peeta przez chwilę siedzi tylko i wpatruje się we mnie badawczo. Zwilża wargi językiem i wreszcie przemawia:

- To nie są zawody, Katniss. To nie Igrzyska. Jesteśmy w tym razem.

- Wiem, wiem, ale...

- Nie ma żadnego "ale". My razem - to jedyne co się liczy.

- Peeta...

- Katniss... - milnie. Chyba z wyrazu mojej twarzy, albo dłoni zaciśniętych na jego dłoniach wreszcie zdaje się rozumieć, co mam na myśli. - To się nie stanie, okej? Nic takiego się nie stanie. Lizzie jest nasza, a ty jesteś ze mną. Nic ci nie będzie. Poza tym to, co zrobiłaś nie oznacza, że jesteś złą osobą, ale walczysz o przetrwanie swoje i twoich bliskich, jasne?

- Nic nie rozumiesz - kręcę głową. - Postąpiłam lekkomyślnie, nie twierdzę, że źle, ale nie powinnam była tego robić. Zabiłam Coin. Zastrzeliłam ją, pamiętasz? A teraz...

- Gale odszedł - mówi Peeta mocnym głosem. - Już go nie ma i nie może niczego ci zrobić. Przetrzymywał nas, znęcał się i próbował cię zabić. Postąpiłaś słusznie.

Nie odpowiadam. Chciałabym móc powiedzieć Peecie o wszystkim, co czuję, o każdym zmartwieniu jakie mnie gnębi od tamtego dnia, gdy wbiłam scyzoryk w pierś Gale'a, ale nie potrafię. Słowa grzęzną mi w gardle, niczym stopy w błocie. Patrzę więc tylko na niego i staram się uspokoić swoje dziko bijące serce, ale co potem? Co się stanie za dzień, za tydzień, za miesiąc? W końcu ktoś sobie o mnie przypomni. W końcu ktoś po mnie przyjdzie. Wiem to.

Kiedy karmię Lizzie i palcami obejmuję jej drobną główkę cieszę się jej bliskością. Wspaniałe uczucie, jakie rozlewa się po moim ciele jest nieporównywalne z żadnym innym. Jej drobne paluszki owijające się wokół moich, jej oczy w odcieniu błękitu, oczy Peety. Jest moją nadzieją - powtarzam sobie w myślach niczym mantrę. Nadzieją, której nikomu nie pozwolę sobie odebrać.

Tej nocy zasypiam z przeświadczeniem, że gdy tylko zamkne oczy nawiedzą mnie koszmary. Wiem, że nie odeszły na dobre. Dlatego, gdy budzę się godzinę później zlana potem z roszerzonymi ze strachu oczami, pobudzona i roztrzęsiona kulę się na swojej połowie łóżka. Nie zwracam uwagi na Peetę. Nie mam odwagi spojrzeć mu w twarz, bo już dawno nie czułam się tak słaba i nie chcę by mnie taką oglądał.

Wyjmuję płaczącą Lizzie z łóżeczka i przygarniam do siebie w akcie rozpaczliwej tęsknoty i niepokoju. Gdy wracam do łóżka Peeta otacza nas obie swoim ramieniem. Nawet, gdy płaczę nic nie mówi, po prostu przy mnie jest.

A ja już wiem, że Gale nigdy nie da mi spokoju. Nawet po śmierci.

12:07, moda_pisarka
Link Komentarze (16) »
piątek, 31 stycznia 2014

Nazywam się Katniss Mellark i jestem matką, żoną... przyjaciółką.

Trzy razy brałam udział w Igrzyskach Głodowych. Straciłam ojca, straciłam siostrę. A wszystko przez niesprawiedliwość świata. Przez kolejne lata po śmierci ojca - głowy rodziny - byłam zmuszona sama się nią opiekować. Moja o cztery lata młodsza siostra była głównym powodem, dla którego po śmierci ojca nie załamałam się tak jak matka. Była powodem, dla którego zgłosiłam się do pierwszych Igrzysk i powodem, dla którego zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, aby je wygrać.

Zrobiłam absolutnie wszystko! Włącznie z tym, że wykorzystałam do tego celu miłość chłopca, który kiedyś podarował mi maleńkie życie w postaci dwuch spalonych bochenków chleba. Byłam najgorszą osobą, jaką mogłam być i jednocześnie starałam się najbradziej, jak mogłam zwalczyć to w sobie. To, co czuję zrozumiałam dopiero, gdy na wszelkie możliwe sposoby zaczęłam unikać Peety. Wtedy zobaczyłam, jak oddala się po raz pierwszy. Nie dosłownie... chociaż może i tak.

Swój błąd zrozumiałam dopiero, gdy dotarło do mnie jak bardzo go potrzebuję do przetrwania, do tego, aby normalnie funkcjonować. Po drodze mijałam wiele przeszkód, na które z całą pewnością zasługiwałam, ale nie przyszło mi do głowy, że kolejną przeszkodą na mojej drodze okaże się mój przyjaciel.

On zabił moją siostrę. Był odpowiedzialny za to, że Prim spłonęła, umarła przez bombę. Jego bombę! A ja zabiłam go. Bo zasługiwal na to o wiele bardziej niż na życie. Zabiłam go, ponieważ nikt mi nie wmówi, że w Gale'u pozostało cokolwiek z człowieka, który był moją rodziną. I w końcu zabiłam go... bo wiem, że gdybym to ja skrzywdziła któreś z jego rodzeństwa i on by mnie zabił. Mimo miłości, jaką podobno do mnie czuł i okazał mi ją wspaniałomyślnie pozwlając mojej siostrze wylecieć w powietrze.

Długo musiałam to trawić. Tak samo jak długo musiałam doszukiwać się sensu w tym... wszystkim. Dlaczego ktoś kto cię kocha niszczy twoje życie? Dlaczego ktoś, kto tak długo dbał o ludzi, których kochasz nagle zmienia się nie do poznania i podczas, gdy ty sam wszystkich traktujesz indywidualnie, do każdego podchodzisz inaczej i dbasz przede wszystkim o swoich najbliższych, on obiera całkiem inny sposób myślenia wszystkich biorąc za ogół i uznając, że ofiary są konieczne, aby zakończyć tą trwającą od dawna niedolę?

Kochałam go i nienawidziłam za razem. Szybko nauczyłam się tylko go nienawidzić, a gdy w końcu pojęłam, że nie zaznam spokoju wbiłam mu nóż w serce, tak jak on zrobił to mi zabijąjąc osobę dla której zaczęłam to wszystko, chociaż z poczatku zupełnie nieświadomie. Prim była powodem i symbolem rewolucji. Teraz to rozumiem, nie ja, lecz ona. Prim była tym, co to wszystko zapoczątkowało. Jej imię na tamtej kartce, moja miłość do niej i chęć ochronienia jej. Ludzie uwierzyli we mnie, bo pokazałam im niesprawiedliwość tego wszystkiego, pokładali we mnie nadzieje, bo chcieli, żebym tak jak uratowałam Prim, uratował ich. Ale moja siostra nie żyje, a oni dalej zdają się na mnie patrzeć.

Nie mam im jednak o dziwo tego za złe. Czasem tylko... na chwilę się zawieszam. Ale teraz to nie ważne. Nie ważni są ci ludzie, tylko to, co sprawia, że jestem sobą i nikim więcej.

Czy jesteście gotowi na dalszą część mojej historii? Na część historii o Katniss Mellark, a nie Katniss Everdeen, chociaż tamta zawsze pozostanie częścią mnie? Chciałabym wam pokazać, jak przeszłość ma wpływ na teraźniejszość i przyszłość oraz jak ważne jest by nigdy się nie poddawać. Teraz znowu mam o co walczyć i wierzę, że jeśli będę musiała poświęcę wszystko by ocalić dwie ukochane osoby w moim życiu.

 

***

Budzę się spokojna i wyspana bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Dziwne, ale spodziewałam się koszmarów. Spodziewałam się twarzy Gale'a wyrażającej złość, zawód i obrzydzenie, tymczasem widziałam Prim. Siedziała na łące razem z Rue i plotły wianki z drobnych białych i żółtych kwiatów. Finnick był tam leżąc na plecach z zamkniętymi oczami wygrzewując twarz w promieniach słońca. Mags obserwowała dziewczynki razem z moim ojcem, który od czasu do czasu podśpiewywał jakąś melodię. Wszystko wydawało się takie piękne. I było. Więc kiedy otwieram oczy spodziewam się jakiegoś bólu, czegoś realnego, co od dawna mi towarzyszyło i było częścią mnie. Tak się nie dzieje. Nie ma bólu, ani psychicznego, ani fizycznego.

Jestem wolna.

Podnoszę się na łokciach i rozpoznaję pokój w jakim się znajduję. Jestem w Dystrykcie 14, a to miejsce to szpital. Szybko rozpoznaję szpitalną koszulę, która zastąpiła moje brudne i podarte ubranie. Ból, który wcześniej czułam aż w paznokciach zniknął i mogę poruszać palcami. I tyle wystarcza bym o wszystkim sobie przypomniała. Peeta leży na łóżku dla drugiego pacjenta. Jest całkowicie ubrany. Jedną dłoń ma niedbale zarzuconą na oczy, jakby w ten sposób chronił się przed słońcem mogącym go obudzić.

Swoje spojrzenie kieruję w stronę niewielkiego zawiniątka spokojnie śpiącego obok Peety, który przytrzymuje je jedną ręką chroniąc od chłodu ściany i jednocześnie dając sobie całkowitą kontrolę nad swoim snem. Wiem, że jeśli tylko zapłacze, albo się poruszy on zbudzi się momentalnie, tak jak robił to tysiąc razy, gdy chodziło o mnie. Ta wiedza napawa mnie jeszcze większym spokojem, czuję coś takiego... radość?

Lizzie jest taka maleńka. Pamiętam, że doktor mówił, że jest wcześniakiem. O całe dwadzieścia dni. Prawie dwa tygodnie spędziłam z Peetą w podziemiach więzienia 8 Dystryktu. Oddalam jednak od seibei te myśli. Lizzie waży 3 kg i mierzy pięćdziesiąt centymetrów. Jest drobniutka i maleńka.

Gdy biorę ją na ręce ostrożnie klucząc, aby nie obudzić Peety nie umiem z początku odnaleźć jej miejsca w swoich ramionach. Dziwnie się czuję, ale jednocześnie jest to najcudowniejsza rzecz, jaka przytafiła mi się w życiu. Nigdy, nigdy, nie sądziłabym, że naprawdę mogłabym trzymać w ramionach własne dziecko. Ktoś mógłby powiedzieć, że się nie nadaję, ktoś inny powiedziałby, że jestem mordercą i nie powinnam doświadczać takich rzeczy. Jeszcze ktoś... powiedziałby, że to nie jestem ja. Katniss nie chciała mieć dzieci. Katniss nie chciała mieć męża. Katniss... nie chciała tego, bo nie doświadczyła prawdziwej samotności. Katniss nie chciała tego, bo nie miała pojęcia, jaką potworną moc ma czas, jak niszczy, jak rani i szybko sprawia, że tracimy kontrolę nad swoim losem. To wszystko były pragnienia Katniss Everdeen, tej, która nie miała moich wspomnień i nie znała moich lęków. Tej, która jest przeszłością.

A ja... Ja dostrzegam w Lizzie coś takiego... jest wspaniała. Ma te rysy, takie zwyczajne, proste, i tą kępkę włosów, które zdają się do niej nie pasować. Jest piękna i jest moja. Jest moją szansą i nadzieją.

Porusza się cicho przez sen, a ja z wrażenia aż szerzej otwieram usta. Chcę coś zrobić. Coś powiedzieć, ale nie potrafię. Kciukiem głaszczę jej drobną różową rączkę. A ona kieruje twarz w moją stronę, szukając większej ilości mojej obceności. Jakby nie była do końca pewna do kogo należy ten dotyk, chociaż go zna i jakby chciała dostać go nieco więcej. Kiedy cicho płacze tulę ją do siebie, a kiedy siadam na łóżku dostrzegam Peetę przeczesującego ręką włosy i zaspaną twarz.

Patrzę na niego, a on przez chwilę patrzy na Lizzie wreszcie na mnie.

- Nie chciałem cię budzić - mówi cicho, niemal szeptem do mnie.

- Nie szkodzi - odpowiadam przyciskając ją do siebie. - Nic nie szkodzi.

Kiedyś wydawało mi się, że tego nie chcę. Wydawało mi się, że tego nie potrzebuję. Ale każdy tak mówi będąc nieświadomym jakie okropności dzieją się na świecie. A jeśli, ja mam na nim być to przynajmniej chcę mieć kogoś za kogo warto zginąć w wybuchu bomby.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------

Następny rozdział w niedzielę o 14.00. :)

 

 

16:43, moda_pisarka
Link Komentarze (11) »

Słyszę strzelaninę za swoimi plecami i staram się biec najszybciej jak potrafię. Słyszę krzyki, ale nie rozumiem poszczególnych słów. Jeden tylko głos przebija się ponad wszystkie inne: "Katniss, biegniej! Musisz się stąd wydostać! Biegnij i nie patrz za siebie!". Nadgarstki bolą mnie od niedawno krępujących je sznurów. Obraz przed oczami lekko się rozmazuje, ale nie jestem pewna dlaczego. Pewnie byłabym szybsza, kiedyś o tak, na pewno. Ale nie teraz, gdy nogi niemal odmawiają mi posłuszeństwa, a Lizzie zdaje się mi tego wszystkiego nie ułatwiać, jak gdyby równie mocno, co ja chciała się odwrócić i wrócić do Peety.

Jeden korytarz pokonuję za drugim. Pada pierwszy strzał wzdrygam się i przywieram do sciany. Po chwili jednak już biegnę dalej. Pada drugi strzał, ale tym razem się nie zatrzymuję. Wkładam w swój bieg całą siłę, bo wiem, że od tego zależy życie nas obu. Każdy kolejny korytarz jest coraz ciemniejszy, a każdemu mojemu skrętowi towarzyszy kolejny strzał. Muszę zwolnić, gdy wpadam w całkowitą ciemność. Słyszę swój szybki i urywany oddech, którego nie potrafię opanować, słyszę krzyki mężczyzn i Gale i wiem, że mnie szukają. Boję się, bo nie mogę już za to dosłyszeć głosu Peety. Zupełnie, jakby w tych ciemnościach zgasło moje ostatnie światełko nadziei. Chcę się podnieść, ale znów czuję rwanie. Lizzie nie daje mi spokoju, a ja zamiast ją uspokoić jestem zmuszona z nią walczyć.

- Nie teraz - proszę cicho, chociaż ona nie może zrozumieć moich słów. Wierzga jakby opędzała się od goniących nas mężczyzn. - Lizzie, litości!

Kroki. Nagle słyszę kroki. Zrywam się z ziemi, ale mój bieg zastępuje powolny chód. Muszę jedną ręką osłaniać Lizzie, a drugą wodzić po ścianie, aby nie stracić oparcia i nie zbłądzić. Wydaje mi się, że kroki pochodzą zza mnie, ale to nie prawda.

Nagle ktoś łapie mnie za nadgarstek i ciągnie za rękę w jeszcze gorzą ciemność. Cichy jęk wydobywa się przez moje zaciśnięte usta, gdy dostrzegam Haymitcha. Mam ochotę zarzucić mu ramiona na szyję, ale w obecnej sytuacji wydaje mi się to absurdalne. Łapię głębszy oddech i spoglądam prosto w jego lśniące oczy.

- Peeta, został tam... Kazał mi uciekać! Proszę znajdź go, przy...

- Katniss? - Haymitch przytrzymuje mnie za ramię, gdy zataczam się z bólu i zmęczenia. Na ułamek sekundy odzyskuje ostrość widzenia. Ponad jego ramieniem dostrzegam z tuzin osób, nie wiem jednak kim oni są, chociaż... tego już widziałam, i tego, i tego też... - To Strażnicy Pokoju, Johanna poprowadziła pozostałych drugim wejściem - mówi wodząc dłońmi po moich policzkach, jakby mógł mnie uspokoić.

- Johanna? - Dyszę czując jakby brakowało mi powietrza. - Ona... Ona tu jest?

- Te strzały, które słyszałaś to pewnie jej sprawka. Znajdzie Peetę.

- Nie. Haymitch idź do niego. Proszę, przyprowadź go, proszę, jesteś mi to winien, jesteś mi to winien... - chcę dodać, że jest mi to winien przez to, że nie pomógł Peecie na arenie Ćiwerczwiecza, że przez niego trafił wtedy do Kapitolu, chcę mu to powiedzieć, ale coraz łapczywiej łapię powietrze. Serce kołacze mi w piersi i czuję się, jakbym tonęła we własnym lęku.

Gdy opuszczam głowę przegryzając dolną wargę Haymitch zaczyna spoglądać na mnie ze współczuciem i niepokojem, nienawidzę go za ten wzrok.

- Lizzie - mówię słabym głosem. - Lizzie nie chce dać mi spokoju.

- Zaraz cię stąd wyciągniemy...

- Nie! Musisz wyciągnąć Peetę! Nigdzie nie pójdę bez niego. Idź po niego. Teraz!

Haymitch otwiera już usta, żeby zaoponować, ale widocznie wreszcie pojmuje, jakie to bezcelowe. Zostaję z czteroma mężczyznami w nowych ciemnych mundurach. Jeden z nich pomaga mi się oprzeć o ścianę, a sam przykłada mi do czoła skrawek jakiegoś materiału. Szybko wsiąka w niego pot lejący się ze mnie strumieniami.

Ogarnia mnie błoga cisza, która jednocześnie niepokoi i uspokaja. I wtedy go widzę. Wspomnienie jego posiniaczonej twarzy i błękit oczu. Słyszę szept jego słów:

- Tak musi być, wiesz? Czasami wybór nie należy do nas.

- Peeta, nie waż się mnie zostawić - odpowiedziałam mu, ale już wtedy wiedziałam, że to jedyny sposób w jaki mógł dać mi szansę ucieczki, jedyny sposób w jaki mógł mnie ratować. - Nie poświęcej się dla mnie!

Nie pocałował mnie, nie mieliśmy na to czasu. Peeta ściska moją dłoń w swojej i każe mi biec.

Wspomnienie znika tak szybko i nagle, jak się pojawia. Do rzeczywistości przywraca mnie ktoś szarpiący mnie za ramię. To jeden ze Strażników.

- Musimy stąd wyjść - mówi do mnie.

- Nie. Nigdzie się nie wybieram - odpowiadam słabo, ale kategorycznie.

- Będzie tylko gorzej - ciągnie dalej, jakby był za głupi by zrozumieć, że nigdzie z nim nie pójdę.

- Zostaję tutaj! - Krzyczę, czy też jęczę, w tej chwili oba określenia są odpowiednie.

- Za chwilę kanałami wentylacyjnymi zacznie tu wlatywać gaz trujący!

Za chwilę? Ile trwa chwila? To chyba pojęcie względne. Próbuję się szarpać i wyrywać, gdy Strażnik bierze mnie na ręce. Chcę mu powiedzieć, żeby mnie postawił albo go zabiję, ale nie potrafię wydobyć już słów ze swoich ust. W głowie mam tylko dwie myśli, dwa życzenia, które chciałabym, aby się spełniły: żeby Peecie nic się nie stało i niech wreszcie Lizzie przestanie mnie za to wszystko karać, tak bym mogła racjonalnie i czysto myśleć. Ale Peety nie widać, a Lizzie jest uparta i niemożliwa do uspokojenia.

Pada strzał, gdzieś blisko. I nim zdążę zrozumieć co się dzieje, pada kolejny i jeszcze kolejny, towarzyszą mu wystrzały z broni maszynowych Strażników stojących obok mnie. Teraz już leżących na ziemi. W kałuży krwi. Spoglądam w twarz mężczyźnie, który mnie trzyma i gdy dostrzegam ból w jego oczach czuję go sama padając na ziemię, wyślizgnąwszy się z jego ramion.

On krztusi się własną krwią. Widzę krew lejącą się z jego płuc. Podpełzam do niego, ale nie potrafię drżącymi palcami sięgnąć po jego pistolet. Jak mam go odczepić?

Jest! W końcu łapię go i... ktoś łapie mnie za kark, pistolet wypada mi z dłoni, a ja czuję jego oddech przy swoim uchu. Odwraca mnie przodem do siebie, tak, że widzę jego białe zęby.

- Kotna - mówi cicho, a ja mogę tylko dyszeć mu w twarz z przynajmniej stu różnych powodów - móżemy to zakończyć. Wystarczy, że pójdziesz ze mną. Wrócisz do mnie.

- Zabiłeś Prim. Zabiłeś tych ludzi mieszkających w moim domu i te wszystkie dzieci kapitoliańskie! Jeśli po tym wszystkim myślisz, że gdzieś z tobą...

- Kotna, proszę. Mogę się zmienić, znów być Gale'em, którego znasz...

- To jest Gale, którego znam, a ten którego znałam od dawna jak dla mnie gryzie trawę i wącha kwiatki od spodu. Nie istniejesz. Dla mnie już nie istniejesz - ostatnie zdanie wypowiadam ze złością nie tylko do niego, ale i do samej siebie, bo dociera do mnie, że to prawda. Pogrzebałam Gale'a już dawno.

Mocniej zaciska dłonie na moich ramionach.

- Należysz do mnie! Jesteś mi winna siebie po tym, jak robiłem wszystko by pomóc twojej rodzinie!

- Zniszczyłeś ją! Zniszczyłeś mnie! I masz żal o to, że ktoś mnie naprawił!

Pada strzał, Gale przyciska mnie do ściany. Pada kolejny i zaciska dłonie na mojej szyi.

- Jeśli nie ja... To na pewno nie on... - mówi ściskając coraz mocniej i mocniej.

Widzę błękit oczu Peety i jego dłoń wciśniętą w moją. Błysk metalu i słowa: "Kocham cię".

Błysk metalu i krzyk. Gale pada na ziemię, a ja jestem wolna. Mam rękę we krwi i osuwam się na ziemię. Mój oddech rzęsi, powieki nie chcą opaść, a ja nie mogę zasnąć.

Gdyby tylko Lizzie wreszcie przestała...

- Katniss!

Haymitch. To Haymitch! Haymitch, tu jestem! Ale żaden dźwięk nie wydobywa się z moich ust. Gdy ktoś łapie mnie za dłoń głowę wspieram na ramieniu Haymitcha prosząc w myślach, by to wszystko się skończyło. Ale ani ból, ani krzyki nie ustępują. Ja sama krzyczę jego imię chcąc, żeby teraz trzymał mnie za rękę.

Czuję jego dłoń na moich palcach, a później widzę jego twarz. Posiniaczoną, we krwi i brudzie, ale oczy są wciąż te same, lśniące i żywe. On jest żywy.

- Peeta?

- Jestem z tobą. Tak, jak zawsze obiecywałem.

Uśmiecham się do niego opierając się o niego i wtulając w jego ciało. Bezpieczna, wreszcie bezpieczna.

- Lizzie jest okropna. Zaczynam sądzić, że ciebie kocha bardziej.

- Chyba na mnie czekała.

Wtulam twarz w jego ramię hamując krzyk, a on zabiera mnie stamtąd. Przez zaciśnięte mocno powieki niczego nie widzę. Błysk metalu i scyzoryk wbity w pierś Gale'a to wspomnienie ma mnie od teraz prześladować.

 

***

Lekarze są dobrej myśli. Mi nic poważnego się nie stało. Peecie też nie. Kilka siniaków i dwa mało poważne złamania. Jestem zmęczona, ale oczywiście to nei może być koniec. Lizzie jest tak niecierpliwa, że pcha się na świat rękami i nogami, cała aż wierzga, niczym źrebak, żeby tylko już zobaczyć twarz mężczyzny, który był w stanie zaryzykować dla niej wszystkim. Mężczyzny, który po dwunastu godzinach mojego wysiłku (dwunastu wspólnych godzin) wreszcie bierze ją na ręce i przynosi do mnie. Jest maleńka. A przynajmniej bardzo mała. To najmniejszy człowiek, jakiego widziałam w życiu. Tak jak sądziłam, to Lizzie Nancy Mellark. Ma moje włosy, które pewnie jeszcze zdążą jej wypaść, albo się wytrzeć, niezłomne oczy Peety, moje rysy i nos. Ale wszystko w niej, aż krzyczy, że to jego córka.

Z radością jednak przyjmuję możliwość zaśnięcia. Bo teraz wiem, że Lizzie nic już nie będzie i zostawiam ją pod możliwie najlepszą opieką.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------

Następny rozdział dzisiaj wieczorem, ale narazie nie jestem pewna o której dokładnie :)    

13:19, moda_pisarka
Link Komentarze (8) »
czwartek, 30 stycznia 2014

Witajcie! Nowy rozdział już jutro o 14.00! A tym czasem zapraszam do czytania :)

 

Nie pamiętam, jak to się dzieje, że tracę przytomność. Gale musiał znów złapać mnie za tchwicę, aby ograniczyć mi przez chwilę przepływ powietrza. Pamiętam, jak kiedyś powiedział mi, że to szybki i prosty sposób na pozbycie się problemu na jakiś czas, ale nie owlno włożyć w to za dużo siły. Jakiś młodszy dzieciak zdenerwował go wtedy, a ja jedynie patrzyłam, jak powala go tym sposobem na ziemię. Już wtedy powinnam była połapać się, jaki Gale naprawdę jest.

Chcę się podnieść, spodziewam się, że poczuję pod sobą miękkość starego materaca, ale szybko orientuję się, że ten zniknął. A właściwie rzecz biorąc siędzę na krześle, przywiązana i niemogąca się poruszyć. Próbuję poruszyć palcami u dłoni i natrafiam na ludzką skórę. Przytomnieję momentalnie czując, jak ktośprzywiązany do krzesła za moimi plecami porusza się, nasze palce się splatają.

- Wszystko... w porządku, Katniss? - Pyta. Głos Peety jest słaby, a przynajmniej zmęczony. Zastanawiam się, czy jedmu, tak jak i mi nie dali nic do jedzenia, czy picia. Opieram swoją głowę o tył jego i próbuję nie myśleć o krwi, jaka skleja ze sobą nasze włosy.

- Przepraszam - mówię tylko. - Nie chciałam, żeby coś takiego się stało. Nie myślałam, że i po ciebie przyjdzie.

- To nie twoja wina, a poza tym - mocno ściska moją dłoń - nie pozwolę ci nigdzie samej odejść.

Mimo tego wszystkiego czuję jak uśmiech wypełza mi na usta. Oddaję mu uścisk marząc o tym, żeby teraz znaleźć się w jego silnych ramionach. Bezpieczna. Przez krótką chwilę po prostu milczymy napawając się swoją bliskością i nie potrzebując niczego więcej. W końcu słyszę, jak Peeta bierze głębszy oddech i mówi:

- Mam plan - oznajmia. - Ale nie ważne, co będzie się dziać musisz mi obiecać, że zrobisz, co ci każę. Jeśli powiem uciekaj, uciekniesz, jeśli powiem, że masz mnie zostawić...

- Nie zostawię cię - przerywam mu kategorycznie. - Nie masz na co liczyć.

Potrafię sobie niemal wyobrazić, jak Peeta przewraca oczami, a jego twarz przybiera ten pełen miłości zbolały wyraz.

- Ty byś mnie nie zostawił - ciągnę dalej.

- Ja każę ci zostawić mnie, nie jestem na twoim miejscu.

Długo odtwarzam słowa Peety w pamięci. Próbuję doszukać się w nich jakiejś podpowiedzi, może wcale nie oznaczają tego co usłyszałam? Ale to tylko nadzieja, szybko zastępują ją łzy i strach paraliżujący całe moje ciało, bo nawet nie mam broni, nie mam jak nas obronić.

Gdy pozwalam swojej głowie lekko opaść na ramię Peety szybko przypominam sobie, gdzie jesteśmy i bystrzeję. Nie mogę sobie teraz pozwolić na sen, nie w tym miejscu, tym bardziej nie mogę zostawić Peety samego.

Kiedy jakiś czas później słyszymy dźwięk otwieranych zasów i drzwi oboje udajemy, że ani trochę nas to nie interesuje. Słowo udajemy ma tu jednak kluczową rolę. Gale wchodzi do pokoju i stawia na ziemi tacę z kubkiem wody i talerzem pełnym czerstwego chleba. Nasza działka żywnościowa.

Najpierw Gale podchodzi do Peety. Słyszę, jak strzykają mu kolana, gdy przed nim klęka i potrafię bez patrzenia na niego powiedzieć jak szeroki uśmiech rozciąga się na jego ustach. Gale musi być w niebo wzięty mogąc patrzeć na Peetę z góry wygranej pozycji.

- Głodny? - Pyta go Gale.

Marzę o tym, żeby powiedział tak, ale i on zdążył już zauważyć, że jedzenia jest dla jednej osoby. A nawet, gdyby było go więcej, Peeta wszystko by mi oddał. Dlatego nie jestem zdziwiona, gdy mówi:

- Nie. Nie jestem głodny.

Gale podchodzi do mnie z talerzem i wciska mi do buzi pierwszy kawałek chleba. Przeżuwam go powoli, ale nie ma smaku. Suchy kawałek, muszę długo gryźć, żeby wreszcie móc go przełknąć. Gale bez namysłu wciska mi do buzi drugi i tak aż jedzenie się skończy. Peeta mocno zaciska dłonie na moich, jakby tylko w ten sposób powstrzymywał się od rzucenia na Gale'a.

- To teraz może się napijesz, Kotna? - Nie czekając na moją odpowiedź przechyla zawartość kubka i odchylając moją głowę do tyłu wlewa mi ją do gardła. Staram się połknąć wszystko, ale wody jest za dużo. Zaczynam się krztusić, gdy nie nadążam jej pić, a ona wpływa mi do nosa. Gale mnie puszcza, a ja zaczynam kasłac i łapczywie łapać powietrze.

Widzę jego paciorkowate oczy tuż przed swoimi i ten szeroki uśmiech nie zwiastujący niczego dobrego. Zdaję sobie sprawę jak bezbronna i żałosna wydaję się w jego oczach.

- Kotna, możesz to wszystko skończyć. Wystarczy, że powiesz, że ze mną zostaniesz, a kochaś będzie wolny. Wypuszczę go, nic mu już nie zrobię.

- Nie, Katniss... - cichy głos Peety przywraca mnie do rzeczywistości. - Nie wybierzesz się z nim nigdzie. Słyszysz, Gale?! Ona nigdzie z tobą nie pójdzie!

- Ty tak sądzisz - odpowiada mu spokojnie Gale nie odchodząc ode mnie.

Wpatruję się w niego spokojnie i próbuję znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji. Żadnego nie dostrzegam, co jeszcze bardziej zaczyna mnie irytować. Spoglądam Gale'owi w oczy i cedzę przez zaciśnięte zęby:

- Idź do diabła.

- Niczego ciekawego nie miał mi już do zaoferowania.

Wstaje i mam nadzieję, że po prostu odejdzie, ale on zatrzymuje się jeszcze przed Peetą i wali go pięścią w twarz. Peeta nawet nie jęczy. Jest cichy i znosi wszystko bez niepotrzebnych gwałtownych rekacji.

- Co takiego w sobie masz, piekarzu?! Co sprawia, że dziewczyna pójdzie za tobą wszędzie?!

- Nic. Ja jej do niczego nie zmuszam - odpowiada mu Peeta, a Gale zamierza się by uderzyć go po raz kolejny. W ostatniej chwili rozmyśla się i zamyka za sobą drzwi. Słyszę hałas i domyślam się, że Gale rzucił w ścianę metalową tacą, na której przyniósł nam jedzenie.

Odczekuję chwilę i wreszcie się odzywam:

- Nie musiałeś tego robić.

- Boli cię coś? Skrzywdził cię jakoś? - Głos Peety jest naglący.

Badam swoją szczękę poruszając nią i sprawdzając, czy nie jest złamana.

- Nie, nic mi nie jest - odpowiadam ściskając jego palce.

- A Lizzie?

Chwilę muszę się skupić, aby poczuć chociażby najmniejszy jej ruch. Udaje mi się, przewraca się przez sen.

- Chyba śpi - uspokajam go.

Peeta podciąga się na krześle, ale wychodzi mu to dość nieporadnie. W końcu przestaje się wiercić i odwraca głowę najbardziej jak tylko może w moją stronę idę za jego przykładem i nasze czoła stykają się ze sobą. Żar leje się z Peety, a ja zastanawiam się, co mu zrobili.

- Powiedz jej, że tata zrobiłby dla niej wszystko, dobrze? I zrobi wszystko co będzie mógł.

- O czym ty mówisz?! - Mój głos jest piskliwy, niemal błagający. - Peeta?

- Kiedy powiem uciekaj, masz uciekać.

- Nie...

- Nie wolno ci się patrzeć za siebie, nie odwracaj się, ani nie wracaj po mnie.

- Peeta!

Dostrzegam błysk noża, to scyzoryk wystaje z wysokiego do pół łydki buta Peety. Zwinnie sięga po niego, a ja rozumiem już, że wiercił się tak, aby nieco go wsyunąć. Łapie go między kciuk i mały palec i wolno zaczyna nim przesuwać po naszych więzach.

- A co jeśli nas podsłuchują, albo są tu kamery.

- Nie ma - odpowiada mi nie przerywając działania.

- Skąd wiesz?

- Bo wiem, gdzie jesteśmy.

Kamienieję przez chwilę jedynym, co słychać jest skrobanie ostrza o sznur.

- Jak to? - Pytam wreszcie odzyskując zdolność mówienia.

- Ja i Haymitch... Johanna nam pomogła. Długa historia. To jedna z podziemnych cel więziennych w 8 Dystrykcie. Gale musiał się tu chować po swojej ucieczce. Dlatego go nie znaleźli.

- Peeta, co ty zamierzasz zrobić?

- Zaufaj mi. Tylko mi zaufaj - odpowiada, a ja czuję węzły upadające na ziemię. Jestem wolna.    

12:27, moda_pisarka
Link Komentarze (6) »
środa, 29 stycznia 2014

Witajcie! Zapraszam do czytania, kolejny rozdział w piątek koło 14.00. Równie długi :)

 

Lipiec okazuje się być nie tylko gorący, ale też duszny. Słońce pali niemiłosiernie powodując, że moja skóra już w połowie lata ma odcień złotych jesiennych liści. Zbawieniem okazuje się wiatr, który daje nieco wytchnienia w nocy wiejąc znad jeziora. Miesiąc wystarcza by nasz azyl naprawdę zaczął wyglądać, jak nowy dystrykt. Pałac Sprawiedliwości wznosi się nad głównym placem dając schronienie w swoim cieniu w te upalne dni, szkoła została już całkiem zbudowana, podobnie, jak większość domów.

Czasem przechadzając się między tymi budynkami, tymi uliczkami, wydaje mi się, że to wszystko wygląda za pięknie, jakby zaraz mogło zniknąć. Haymitch pełni funkcję burmistrza dopóki wszystkie prace się nie zakończą, a Johanna nie powoła w 14 Dystrykcie właściwego człowieka na to stanowisko.

Jak tylko mogę pomagam Peecie w piekarni, czasami staję za ladą i pochłaniam jedną bułkę z serem za drugą, innym razem spisuję się w swoim obowiązku lepiej i oddaje je klientom. Annie i Nick są dla mnie okazją by wyrwać się z domu i nie czekać bezczynnie, aż Peeta wróci z pracy. Nick raczkuje, co nieco utrudnia pilnowanie go i nadążanie za nim. Bolą mnie oczy, gdy na niego patrzę, a wszystko dlatego, że tak bardzo przypomina Finnicka, czasem muszę nadzwyczajniej odwrócić wzrok, aby nie wrócić do tamtej okropnej chwili. Długich jaszczurzych ciał i Finnicka... Jestem lekko nietaktowna, dlatego, gdy Nick usypia w łóżeczku na górze (które jeszcze przez krótki czas ma stać puste), siadam obok Annie i pytam ją, jak ona może to znosić.

- Jest trudno - mówi patrzą mi w oczy. - Ale Nick jest moim synem, a Finnick nie chciałby, żebym się załamywała. Muszę spobie radzić. Dla nich obojga, nawet jeśli tylko jedno jest przy mnie. Czasami... Czasami płaczę, zwijam się w kulkę przy Nicku i płaczę przypominając sobie, że Finnick już nie wróci. Ale... to Nick pomógł mi wyjść z mojego załamania, pomógł mi się pozbierać. Jest trudno, ale nie mam wyjścia.

Staram się nie wpatrywać w nią za długo, żeby nie mogła odczytać myśli jakie plączą mi się w głowie. To moja wina. Gdybym nie pozwoliła Finnickowi pójść ze mną do Kapitolu, gdybym nie pozwoliła mu... Żyłby.

Wyginam swoje palce w niemożliwym do opanowania nerwowym tiku. Annie kładzie swoją dłoń na mojej i przygarnia mnie do siebie. Nie odsuwam się, bo potrzebuję tego równie mocno, co powietrza.

- Gdyby to był Peeta, a nie Finnick, a ja byłabym na twoim miejscu... - zaczynam starając się przełknąć gulę w gardle.

- Cii - przerywa mi Annie. - To nie twoja wina. Nigdy nie była. Finnick postąpił właściwie. A ty nie mogłaś nic na to poradzić.

Czy na pewno nie mogłam?

- Zawsze można coś zrobić - oponuję łamiącym się głosem.

Wieczorem siedzę w salonie przy otwartym oknie i pozwlam, żeby wiatr wysuszył łzy i ślady po nich na moich policzkach. Brodę trzymam na dłoniach splecionych po zewnętrznej stronie parapetu. Dostrzegam jego sylwetkę, kiedy kroczy między drzewami idąc do domu. Jego jasne włosy jak zawsze lśnią w świetle księżyca przybierając srebrnawą barwę. Zatrzymuje się, żeby przyjrzeć mi się i już po chwili wchodzi do domu.

- Coś nie tak? - Pyta zachodząc mnie od tyłu. Wierzchem dłoni ocieram ostatnie łzy z policzków.

- Nie - odpowiadam. - Tak, tylko myślałam.

- Czyżby?

- Annie była z Nickiem i chyba za bardzo przypomina mi Finniska, żebym mogła uciec tamtym wspomnieniom.

Peeta od razu wie o czym mówię i co mnie trapi. Jego twarz przyjmuje ten specyficzny wyraz, którego nie zna nikt poza mną. Siada w fotelu obok mnie i przyciska swoje czoło do mojego. Jego oddech owiewa mi twarz, a uczucie to należy do jednych z najprzyjemniejszych, jakich doświadczyłam w życiu.

- Nie możesz obwiniać się za śmierć wszystkich, których znałaś albo którzy znali ciebie. To tak nie działa. Finnick wiedział na co się pisze. Wiedział co robi. I jeśli ktokolwiek jest odpowiedzialny za jego przedwczesną śmierć to Snow. Pamiętasz? To od niego wszystko się zaczęło.

- Nie - zaprzeczam. - Wszystko zaczęło się ode mnie i tych głupich jagód, których nie zjadłam. Ja to spowodowałam.

- Przed tobą był Snow i ci, którzy stworzyli Igrzyska. Ty jedynie pomogłaś to zakończyć.

- Nie chciałam wtedy niczego kończyć - dalej kręcę głową. Rozpaczliwie ściskam go za dłonie. - Mieliśmy wyjść z tego żywi, tylko tyle. Oboje mieliśmy przeżyć. Nic więcej.

- Wiem to - odpowiada mi cicho. - I nawet nie wiesz, jak ja żałuję, że nie połknąłem wtedy tych jagód. Nie brałabyś udziału w 75 Igrzyskach, nie byłoby całego tego buntu i rewolucji...

Patrzę na niego przez chwilę i próbuję sobie wyobrazić jak bym się czuła, gdyby Peeta wtedy połknął te jagody. Na pewno obwiniałabym się za jego śmierć i w dodatku ludzie w moim Dystrykcie by mnie znienawidzili. Słusznie. Sama bym siebie znienawidziła.

Mocno chwytam Peetę w objęcia bojąc się, że te wyobrażenia za chwilę mnie naprawdę pochwycom i utopią.

- Nie, proszę. Nie zrobiłbyś tego...

Peeta nie odpowiada i nie porusza już tego tematu siedzimy przez jakiś czas w ciszy, aż przestanę się trząść. Peeta opowiada mi o tym, jak minął mu dzień, a ja mówię mu dokładnie to samo w zamian.

- Byłam u doktora zanim przyszła Annie - mówię. - Powiedział, że do rozwiązania nie jest już tak bardzo daleko.

Przełykam głośno ślinę, kiedy Peeta wpatruje się we mnie swoimi przejrzyście błękitnymi tęczówkami.

- Boisz się? - Pyta całując mnie w skroń.

- Trochę - odpowiadam zgodnie z prawdą. - Nie wiem czego boję się bardziej : samego rozwiązania, czy tego, co będzie po nim.

- Będę z tobą, a poza tym kto ma dać sobię radę, jak nie my? Jaki termin dokrot wyznaczył?

- Potwierdził ten początkowy. Trzeci września. 

- Czyli trzydzieści pięć dni.

- Ale mówi, że pewnie będzie o wiele wcześniej - dodaję.   

Tej nocy, gdy zasypiam czuję więcej niż strach. Czuję więcej niż niepokój, a wszystko dlatego, że zdaję sobie sprawę, że przez cały ostatni miesiąc tak bardzo uwierzyłam w swoje udawane normalne życie, że zapomniałam o prawdziwym niebezpieczeństwie.

Podnoszę się i w świetle księżyca, jakie wpada do pokoju przez otwarte okno dostrzegam sylwetkę Peety, zarys jego mięśni brzucha, pleców i ramion. Jedną dłoń ma niedbale zarzuconą na poduszkę, dugą wyciągnętą w moją stronę, jakby nie potrafił spać spokojnie bez świedomości, że jestem obok. Wiem, że tak rzeczywiście jest, bo sama czuję dokładnie to samo.

Wymykam się narzucając na siebie luźny podkoszulek i spodnie od dresu. W kuchni udaje mi się znaleźć mleko, więc szybko wypijam jedną, drugą i wreszcie trzecią szklankę. Siadam na swoim wcześniejszym miejscu i wpatruję się w powoli szarzejące na wschodzie niebo. Zegar pokazuje trzecią w nocy. Jeszcze dwie godziny i zrobi się widno.

Melodia, którą zaczynam nucić również wiąże się z bolesnymi wspomnieniami. Widzę Rue pośród kwiatów, widzę Prim z krzykiem budzącą się ze snu. I widzę siebie... kiedy tata śpiewał mi dokładnie tą samą pieśń o dolinie, gdy jako mała dziewczynka sama miewałam koszmary. Miał zwyczaj przysiadywać na łóżku obok mnie i przez bardzo długi czas śpiewać, aż uspokoję się i wreszcie zasnę. Pamiętam, że kiedy powiedziałam mu, że się boję spać w ciemności uśmiechnął się do mnie i powiedział:

- Więc zamknij oczy i wyobraź sobie środek najbardziej słonecznego dnia. Wyobraź sobie, że ciemność i noc nie istnieją, a skoro ich nie ma nie masz się czego obawiać.

- Tęsknię za tobą, tato - szpeczę pod nosem, tak jakby mógł mnie usłyszeć, tak jakby w rzeczywistości stał tuż obok mnie, kładł mi dłoń na ramieniu i szeptał do ucha:

- Mam cię wreszcie.

Pierwszy jest strach, drugi instynkt i niestety, jakoże to niewłaściwa kolejność nie zdanżam obronić się przed nadchodzącym ciosem w głowę. Padam na ziemię, widzę gwiazdy i nie jestem pewna, czy są one prawdziwe, czy to wymysł mojej wyobraźni. Dostrzegam twarz, bardzo dobrze znaną mi twarz i chcę zawołać Peetę, ale nie mam na to wystarczająco siły.

Ciemność nadchodzi pierwsz i niestety nie potrafię sobie wyobrazić, że trwa dzień.

 

***  

 Kiedy odzyskuję przytomność ból promieniujący z tyłu głowy rozprzestrzenia się wszędzie. Czuję go w plecach i koniuszkach palców, którymi nie mogę poruszyć. Czuję ból nawet w cebulkach włosów, zupełnie, jakby ktoś mnie za nie ciągnął. Chwilę zastanawiam się, co właściwie się stało i gdzie jestem. Wokół mnie panują egipskie ciemności, niczego nie jestem w stanie zobaczyć, niczego dostrzec. Biorę głębszy oddech i staram się oszacować stan swojego ciała. Czuję silne rwanie w ramieniu i lewej łopatce. Ból w udzie również jest nieznośny, zupełnie jakby ktoś wbijał mi wciąż w to samo miejsce ostrze noża.

Cisza jaka tutaj panuje jest tak głucha, że mam problem z ustaleniem tego, co mnie właściwie obudziło. Dociera to do mnie dopiero, gdy Lizzie po raz kolejny mocno mnie kopie. A więc to ona... Czuję ulgę, kiedy dociera do mnie, że nic jej nie jest.

Słyszę syk. Nagle, głośny, niespodziewany. I otwierają się drzwi. W pomieszczeniu na raz robi się niesamowicie widno, a ja dostrzegam, że leżę na materau w niewielkim pokoju, po za materacem nie ma tu żadnych mebli. W drzwiach stoi mężczyzna. Uśmiecha się do mnie szelmowsko, a ja przypominam sobie, jak tata powiedział, kiedyś, że ten uśmiech nie zwiastuje niczego dobrego.

- Katniss - słyszę swoje imię, ale w jego ustach brzmi ono, jak przekleństwo.

- Gale - również się odzywam i patrzę mu głęboko w oczy.

- Może rozmowa z tobą będzie prostsza niż z twoim kochasiem - wciąż się do mnie uśmiecha. - Obawiam się, że Peeta potrzebuje specjalnej zachęty, żeby w końcu zacząć ze mną rozmawiać. Ciągle tylko wyrywał się i kazał się do ciebie zaprowadzić. Może w takim razie to was uspokoi.

Gale ciągnie za zasłonę, którą wcześniej błędnie wzięłam za ścianę. Pod nią znajduje się szyba. Widzę Peetę posiniaczonego, ale przytomnego i wciąż zdeterminowanego do działania. On też mnie zauważa i wbija we mnie zaniepokojone spojrzenie. Siadam ostrożnie, bo ból mnie spowalnia, i daję mu znać głową, że ze mną wszystko w porządku. Widocznie mu to nie wystarcza. Widzę swoje odbicie. Twarz mam posiniaczoną, a włosy we krwi. Obojczyk, chyba mam wybity, siniak ciągnący się od ramienia musi obejmować i plecy, tam gdzie boli mnie łopatka. W spodniach na udzie widzę niewielkie rozcięcie i zastanawiam się skąd ono się wzięło. Najwidoczniej Gale był zniecierpliwiony i nie zwracał uwagi na to, czy robi mi krzywdę.

- A teraz Katniss - znów odzywa się Gale. - Powiedz mi, jak bardzo zależy ci na Peecie. Zastanów się nad odpowiedzią, bo za każdą błędną... - tutaj robi pauzę, a Peeta dostaje uderzenie w twarz od mężczyzny stojącego za nim. Pewnie by się bronił gdyby nie był przywiązany do krzesła. - Za każdą złą odpowiedź zapłaci Peeta.

Słyszę swój własny krzyk, gdy ktoś znowu uderza Peetę w twarz, później w brzuch. Czuję się jakby wszystkie moje koszmary właśnie się spełniły. 

15:01, moda_pisarka
Link Komentarze (10) »
wtorek, 28 stycznia 2014

Peeta i ja patrzymy na poduszkowiec, do którego wsiada Śliska Sue i jeszcze kilku innych mieszkańców 12 Dystryktu. Dziwnie się czuję ze świadomością, że oni wracają do domu, a ja nie. Nie potrafię też nic poradzić na to uczucie konsternacji: chcę wrócić i jednocześnie równie mocno chcę zostać.

Haymitch posyła mi krótki uśmiech stojąc kawałek dalej. I on zostaje. Oboje z Peetą wiemy, że robi to bardziej ze względu na nas niż siebie samego. Jego uśmiech jest pokszepiający, sprawia, że wdycham głęboko powietrze i prostuję się nie pozwalając myślom zawładnąć nade mną.

Kiedy poduszkowiec unosi się i znika w oddali wciąż stoję w tym samym miejscu i myślę. Wtedy na moje ramię pada ciepła dłoń. Odwracam się i patrzę w twarz mojej mamy.

- Robi się późno - mówi do mnie.

Niechętnie pozwalam jej się poprowadzić na główny plac, na którym stoi już szkielet Pałacu Sprawiedliwości. Ludzie, których Johanna obiecała przysłać spisywali się naprawdę dobrze; udało im się półtorej piętra postawić w niecały tydzień.

Mama prowadzi mnie na ławkę i sama przysiada obok mnie. Po raz pierwszy od dłuższego czasu naprawdę przyglądam się temu miejscu. Niemal podwojono liczbę domów do zamieszkania, prawie wszystkie odremontowano. Pomyśleć, że minęły zaledwie trzy tygodnie od naszego powrotu z przyjęcia w Kapitolu.

Pomału ruszają prace nad budową szkoły. Niestety, w związku z owymi planami przeobrażenia tego miejsca w nowy Dystrykt trzeba było pozbyć się większości drzew, tak, że teraz okalają one jezioro i tą częśc terenu, która miała pozostać nienaruszona.

Upalny koniec czerwca zwiastował nadejście równie gorącego, ale i burzowego lipca. Wracam do rzeczywistości dopiero, gdy mama splata swoje palce z moimi.

- Kiedy przyleci poduszkowiec z 4 Dystryktu? - Pytam ją, ale pytanie ledwo przechodzi mi przez gardło. Czuję się, jakbym miała ponownie ją stracić, jakby ona ponownie mnie odtrąciła. 

- Nie wiem - odpowiada, kierując tym samym na siebie moją jeszcze bardziej skupioną uwagę. Posyła mi krótki uśmiech. - W 4 Dystrykcie poradzą sobie chyba beze mnie. Bardziej istotne wydaje mi się teraz zostanie tutaj i pomoc tym ludziom.

- Ale przecież...

- To nie jest 12 Dystrykt, Katniss. Tutaj nie ma niczego, co by raniło, bo z tym miejscem nie wiążą się żadne wspomnienia - odpowiada mama.

Patrzę na nią jeszcze przez chwilę, a później wtulam twarz w jej ramię próbując pochamować głupie łzy szczęścia. Niemal słyszę jej uśmiech, gdy mówi:

- Zostanę tu z tobą.

- Cieszę się. Nawet nie wiesz jak bardzo.

Długo tak siedzimy obok siebie, a mama opowiada mi o wszystkim, w czym zamierza tutaj pomóc. Mówiła o zbudowaniu szpitala oraz specjalnego zaułka dla biedniejszych ludzi i dzieci bez rodziców. Mówi o tym, że Johanna poinstruowała już Haymitcha, aby objął jedno z trzech miejsc w Radzie Dystryktu.

- Kto zajmie dwa ostatnie?

- Jedno z nich burmistrz - odpowiada mi mama. - A drugie nie wiem, pewnie ktoś, kto będzie zajmował się finansami Dystryktu. Haymitch jest zastępcą burmistrza.

- Nie spodoba mu się chyba świadomość, że będzie musiał pokazywać się publicznie trzeźwo - śmieję się pod nosem przypominając sobie Haymitcha spadającego ze sceny podczas Dożynek 74 Igrzysk.

- Powinien sobie poradzić - oznajmia mama. I szybko spogląda mi w oczy. - Tutaj może być nasz nowy dom. Bez widm i bólu.

- Ale tam zostały i dobre wspomnienia - zauważam.

- Wspomnienia można stworzyć i tutaj, a i Prim i twój ojciec chcieliby, żebyśmy ruszyły na przód.

Słyszę, jak ktoś krzyczy imię mojej mamy i dostrzegam swojego lekarza. Doktor zatrzymuje się przy nas i zwraca się bezpośrdenio do mamy:

- Potrzebuję asystentury przy dość skomplikowanym złamaniu kości udowej - oznajmia, a mama posyła mi przepraszające spojrzenie i rusza za nim.

Zostaję sama na ławce słuchając uderzeń młotka o drewno i wołania ludzi. Mimo, że jest już późno i ciemno nikt tutaj zdaje się nie zwracać na to uwagi. Na chwilę zamykam oczy i próbuję wyobrazić sobie las w 12 Dystrykcie, ten po którym biegałam za zwierzyną, w którym zastawiałam sidła, do którego chodziłam z ojcem. A zaraz potem przypominam sobie o drewnianym domku nad jeziorem, który zbudował Peeta chcąc dać mi sznasę na nowy początek. Decyzja nie jest łatwa. A ja wciąż nie podjęłam tej ostatecznej.

Kiedy zamykam oczy i wsłuchuję się w satara pieśń o dolinię na chwilę się zapominam i wtedy czuję silna dłoń na swoich ustach. Chwilę panikuję, ale szybko dostrzegam błysk niebieskich tęczówek.

- Nie chciałem cię przestraszyć - mówi niemal bezdźwięcznie. - Coś ci pokażę.

Prowadzi mnie ciemną uliczką do budynku starej kamienicy, którą już zaczęto odnawiać. Wchodzimy do środka. Peeta spogląda to na mie to na napis na drzwiach i szyld nad nimi. Nagle to do mnie dociera.

- Piekarnia - szpeczę.

- Tak, kupiłem ją. Dla nas. Nie tylko dla mnie.

Patrzę to na niego to na napis nad drzwiami, niezbity dowód na to, że Peeta nie jest już sam, tak jak i ja. Jego nazwisko lśni pomarańczem na zielonym tle. Uśmiecham się pod nosem. Peeta jednak dostrzega pod tym coś jeszcze, znów widzi, że wcale nie cieszę się tak jak bym chciała. Sadza mnie na krześle, a sam kuca na przeciwko.

- Co się dzieje? Rozmawiałaś z mamą?

- Tak. Zostaje.

- To dobrze - widocznie się cieszy. Więc, czemu ja nie mogę? Co sprawia, że wcześniejsza radość nie może spowrotem do mnie trafić.

Patrzę na niego przez chwilę.

- Chyba nie jestem odpowiednim towarzyszem do tego by się cieszyć z czegokolwiek.

- Bzdura - otacza moje dłonie swoimi. - Co cię trapi?

Przymykam na chwilę oczy, ale i tak nie mogę pozbyć się wspomnienia uśmiechniętej twarzy Prim. Czemu tak trudno jest zapomnieć? Peeta obejmuje mnie, gdy pierwsza łza napływa mi do oczu, a ja mogę tylko wykrztusić z siebie jedno słowo:

- Przepraszam.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------

Nowy rozdział dopiero o 18.00 :)

13:03, moda_pisarka
Link Komentarze (19) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10