...po powrocie do 12 Dystryktu... Jak poskładać życie z niewielkich kawałków?
Dodatki na bloga
Blog > Komentarze do wpisu

Rozdział 82: Pokonać własne lęki

Słyszę strzelaninę za swoimi plecami i staram się biec najszybciej jak potrafię. Słyszę krzyki, ale nie rozumiem poszczególnych słów. Jeden tylko głos przebija się ponad wszystkie inne: "Katniss, biegniej! Musisz się stąd wydostać! Biegnij i nie patrz za siebie!". Nadgarstki bolą mnie od niedawno krępujących je sznurów. Obraz przed oczami lekko się rozmazuje, ale nie jestem pewna dlaczego. Pewnie byłabym szybsza, kiedyś o tak, na pewno. Ale nie teraz, gdy nogi niemal odmawiają mi posłuszeństwa, a Lizzie zdaje się mi tego wszystkiego nie ułatwiać, jak gdyby równie mocno, co ja chciała się odwrócić i wrócić do Peety.

Jeden korytarz pokonuję za drugim. Pada pierwszy strzał wzdrygam się i przywieram do sciany. Po chwili jednak już biegnę dalej. Pada drugi strzał, ale tym razem się nie zatrzymuję. Wkładam w swój bieg całą siłę, bo wiem, że od tego zależy życie nas obu. Każdy kolejny korytarz jest coraz ciemniejszy, a każdemu mojemu skrętowi towarzyszy kolejny strzał. Muszę zwolnić, gdy wpadam w całkowitą ciemność. Słyszę swój szybki i urywany oddech, którego nie potrafię opanować, słyszę krzyki mężczyzn i Gale i wiem, że mnie szukają. Boję się, bo nie mogę już za to dosłyszeć głosu Peety. Zupełnie, jakby w tych ciemnościach zgasło moje ostatnie światełko nadziei. Chcę się podnieść, ale znów czuję rwanie. Lizzie nie daje mi spokoju, a ja zamiast ją uspokoić jestem zmuszona z nią walczyć.

- Nie teraz - proszę cicho, chociaż ona nie może zrozumieć moich słów. Wierzga jakby opędzała się od goniących nas mężczyzn. - Lizzie, litości!

Kroki. Nagle słyszę kroki. Zrywam się z ziemi, ale mój bieg zastępuje powolny chód. Muszę jedną ręką osłaniać Lizzie, a drugą wodzić po ścianie, aby nie stracić oparcia i nie zbłądzić. Wydaje mi się, że kroki pochodzą zza mnie, ale to nie prawda.

Nagle ktoś łapie mnie za nadgarstek i ciągnie za rękę w jeszcze gorzą ciemność. Cichy jęk wydobywa się przez moje zaciśnięte usta, gdy dostrzegam Haymitcha. Mam ochotę zarzucić mu ramiona na szyję, ale w obecnej sytuacji wydaje mi się to absurdalne. Łapię głębszy oddech i spoglądam prosto w jego lśniące oczy.

- Peeta, został tam... Kazał mi uciekać! Proszę znajdź go, przy...

- Katniss? - Haymitch przytrzymuje mnie za ramię, gdy zataczam się z bólu i zmęczenia. Na ułamek sekundy odzyskuje ostrość widzenia. Ponad jego ramieniem dostrzegam z tuzin osób, nie wiem jednak kim oni są, chociaż... tego już widziałam, i tego, i tego też... - To Strażnicy Pokoju, Johanna poprowadziła pozostałych drugim wejściem - mówi wodząc dłońmi po moich policzkach, jakby mógł mnie uspokoić.

- Johanna? - Dyszę czując jakby brakowało mi powietrza. - Ona... Ona tu jest?

- Te strzały, które słyszałaś to pewnie jej sprawka. Znajdzie Peetę.

- Nie. Haymitch idź do niego. Proszę, przyprowadź go, proszę, jesteś mi to winien, jesteś mi to winien... - chcę dodać, że jest mi to winien przez to, że nie pomógł Peecie na arenie Ćiwerczwiecza, że przez niego trafił wtedy do Kapitolu, chcę mu to powiedzieć, ale coraz łapczywiej łapię powietrze. Serce kołacze mi w piersi i czuję się, jakbym tonęła we własnym lęku.

Gdy opuszczam głowę przegryzając dolną wargę Haymitch zaczyna spoglądać na mnie ze współczuciem i niepokojem, nienawidzę go za ten wzrok.

- Lizzie - mówię słabym głosem. - Lizzie nie chce dać mi spokoju.

- Zaraz cię stąd wyciągniemy...

- Nie! Musisz wyciągnąć Peetę! Nigdzie nie pójdę bez niego. Idź po niego. Teraz!

Haymitch otwiera już usta, żeby zaoponować, ale widocznie wreszcie pojmuje, jakie to bezcelowe. Zostaję z czteroma mężczyznami w nowych ciemnych mundurach. Jeden z nich pomaga mi się oprzeć o ścianę, a sam przykłada mi do czoła skrawek jakiegoś materiału. Szybko wsiąka w niego pot lejący się ze mnie strumieniami.

Ogarnia mnie błoga cisza, która jednocześnie niepokoi i uspokaja. I wtedy go widzę. Wspomnienie jego posiniaczonej twarzy i błękit oczu. Słyszę szept jego słów:

- Tak musi być, wiesz? Czasami wybór nie należy do nas.

- Peeta, nie waż się mnie zostawić - odpowiedziałam mu, ale już wtedy wiedziałam, że to jedyny sposób w jaki mógł dać mi szansę ucieczki, jedyny sposób w jaki mógł mnie ratować. - Nie poświęcej się dla mnie!

Nie pocałował mnie, nie mieliśmy na to czasu. Peeta ściska moją dłoń w swojej i każe mi biec.

Wspomnienie znika tak szybko i nagle, jak się pojawia. Do rzeczywistości przywraca mnie ktoś szarpiący mnie za ramię. To jeden ze Strażników.

- Musimy stąd wyjść - mówi do mnie.

- Nie. Nigdzie się nie wybieram - odpowiadam słabo, ale kategorycznie.

- Będzie tylko gorzej - ciągnie dalej, jakby był za głupi by zrozumieć, że nigdzie z nim nie pójdę.

- Zostaję tutaj! - Krzyczę, czy też jęczę, w tej chwili oba określenia są odpowiednie.

- Za chwilę kanałami wentylacyjnymi zacznie tu wlatywać gaz trujący!

Za chwilę? Ile trwa chwila? To chyba pojęcie względne. Próbuję się szarpać i wyrywać, gdy Strażnik bierze mnie na ręce. Chcę mu powiedzieć, żeby mnie postawił albo go zabiję, ale nie potrafię wydobyć już słów ze swoich ust. W głowie mam tylko dwie myśli, dwa życzenia, które chciałabym, aby się spełniły: żeby Peecie nic się nie stało i niech wreszcie Lizzie przestanie mnie za to wszystko karać, tak bym mogła racjonalnie i czysto myśleć. Ale Peety nie widać, a Lizzie jest uparta i niemożliwa do uspokojenia.

Pada strzał, gdzieś blisko. I nim zdążę zrozumieć co się dzieje, pada kolejny i jeszcze kolejny, towarzyszą mu wystrzały z broni maszynowych Strażników stojących obok mnie. Teraz już leżących na ziemi. W kałuży krwi. Spoglądam w twarz mężczyźnie, który mnie trzyma i gdy dostrzegam ból w jego oczach czuję go sama padając na ziemię, wyślizgnąwszy się z jego ramion.

On krztusi się własną krwią. Widzę krew lejącą się z jego płuc. Podpełzam do niego, ale nie potrafię drżącymi palcami sięgnąć po jego pistolet. Jak mam go odczepić?

Jest! W końcu łapię go i... ktoś łapie mnie za kark, pistolet wypada mi z dłoni, a ja czuję jego oddech przy swoim uchu. Odwraca mnie przodem do siebie, tak, że widzę jego białe zęby.

- Kotna - mówi cicho, a ja mogę tylko dyszeć mu w twarz z przynajmniej stu różnych powodów - móżemy to zakończyć. Wystarczy, że pójdziesz ze mną. Wrócisz do mnie.

- Zabiłeś Prim. Zabiłeś tych ludzi mieszkających w moim domu i te wszystkie dzieci kapitoliańskie! Jeśli po tym wszystkim myślisz, że gdzieś z tobą...

- Kotna, proszę. Mogę się zmienić, znów być Gale'em, którego znasz...

- To jest Gale, którego znam, a ten którego znałam od dawna jak dla mnie gryzie trawę i wącha kwiatki od spodu. Nie istniejesz. Dla mnie już nie istniejesz - ostatnie zdanie wypowiadam ze złością nie tylko do niego, ale i do samej siebie, bo dociera do mnie, że to prawda. Pogrzebałam Gale'a już dawno.

Mocniej zaciska dłonie na moich ramionach.

- Należysz do mnie! Jesteś mi winna siebie po tym, jak robiłem wszystko by pomóc twojej rodzinie!

- Zniszczyłeś ją! Zniszczyłeś mnie! I masz żal o to, że ktoś mnie naprawił!

Pada strzał, Gale przyciska mnie do ściany. Pada kolejny i zaciska dłonie na mojej szyi.

- Jeśli nie ja... To na pewno nie on... - mówi ściskając coraz mocniej i mocniej.

Widzę błękit oczu Peety i jego dłoń wciśniętą w moją. Błysk metalu i słowa: "Kocham cię".

Błysk metalu i krzyk. Gale pada na ziemię, a ja jestem wolna. Mam rękę we krwi i osuwam się na ziemię. Mój oddech rzęsi, powieki nie chcą opaść, a ja nie mogę zasnąć.

Gdyby tylko Lizzie wreszcie przestała...

- Katniss!

Haymitch. To Haymitch! Haymitch, tu jestem! Ale żaden dźwięk nie wydobywa się z moich ust. Gdy ktoś łapie mnie za dłoń głowę wspieram na ramieniu Haymitcha prosząc w myślach, by to wszystko się skończyło. Ale ani ból, ani krzyki nie ustępują. Ja sama krzyczę jego imię chcąc, żeby teraz trzymał mnie za rękę.

Czuję jego dłoń na moich palcach, a później widzę jego twarz. Posiniaczoną, we krwi i brudzie, ale oczy są wciąż te same, lśniące i żywe. On jest żywy.

- Peeta?

- Jestem z tobą. Tak, jak zawsze obiecywałem.

Uśmiecham się do niego opierając się o niego i wtulając w jego ciało. Bezpieczna, wreszcie bezpieczna.

- Lizzie jest okropna. Zaczynam sądzić, że ciebie kocha bardziej.

- Chyba na mnie czekała.

Wtulam twarz w jego ramię hamując krzyk, a on zabiera mnie stamtąd. Przez zaciśnięte mocno powieki niczego nie widzę. Błysk metalu i scyzoryk wbity w pierś Gale'a to wspomnienie ma mnie od teraz prześladować.

 

***

Lekarze są dobrej myśli. Mi nic poważnego się nie stało. Peecie też nie. Kilka siniaków i dwa mało poważne złamania. Jestem zmęczona, ale oczywiście to nei może być koniec. Lizzie jest tak niecierpliwa, że pcha się na świat rękami i nogami, cała aż wierzga, niczym źrebak, żeby tylko już zobaczyć twarz mężczyzny, który był w stanie zaryzykować dla niej wszystkim. Mężczyzny, który po dwunastu godzinach mojego wysiłku (dwunastu wspólnych godzin) wreszcie bierze ją na ręce i przynosi do mnie. Jest maleńka. A przynajmniej bardzo mała. To najmniejszy człowiek, jakiego widziałam w życiu. Tak jak sądziłam, to Lizzie Nancy Mellark. Ma moje włosy, które pewnie jeszcze zdążą jej wypaść, albo się wytrzeć, niezłomne oczy Peety, moje rysy i nos. Ale wszystko w niej, aż krzyczy, że to jego córka.

Z radością jednak przyjmuję możliwość zaśnięcia. Bo teraz wiem, że Lizzie nic już nie będzie i zostawiam ją pod możliwie najlepszą opieką.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------

Następny rozdział dzisiaj wieczorem, ale narazie nie jestem pewna o której dokładnie :)    

piątek, 31 stycznia 2014, moda_pisarka

Polecane wpisy

  • Rozdział 87: Przesłuchanie

    Johanna siedzi naprzeciwko mnie. Dostrzegam ukośne spojrzenia, jakie mi posyła, dłonie starannie złożyła na blacie niewielkiego stołu. Zdaję sobię sprawę, że je

  • LBA!

    Miło mi oznajmić, że zostałam nominowana przez Ewę Pałetko na blogu ignis-vitae.blogspot.com do Liebster Blog Award. Za co bardzo dziękuję, bo czuję, że moja pr

  • Rozdział 86: Aresztowanie

    Rozdział jednak wcześniej. Na następny zapraszam w poniedziałek, chyba, że uda mi się wstawić coś jutro. Jakby co będę informować na blogu :D Miłej lekturki :)

Komentarze
2014/01/31 13:56:42
OMG!
Wrona
-
2014/01/31 15:03:36
Chyba najlepszy Tw rozdzial!!!
-
puma2410
2014/01/31 15:05:13
Dziecko i Katniss? To się źle skończy;)
Puma
-
2014/01/31 15:07:44
Cudowny : )
-
2014/01/31 15:13:03
Cudowny rozdział :D Najpiękniejsza końcówka <3
-
2014/01/31 16:07:57
Kiedy nast. rozdział?;)
-
moda_pisarka
2014/01/31 16:14:11
Już piszę. Będzie za 40 minut :)
-
2014/01/31 16:25:16
O yeach!